stat4u
2012
styczeń
2011
wrzesień
2010
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
2008
listopad
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
2005
czerwiec
kwiecień
luty
styczeń
2004
październik
Przyszłość
Kiedy byłem mały często chorowałem. Mama mówiła, że to streptokoki ropotwórcze zamieszkały w moim gardle, ale antybiotyk je wszystkie zabije. Wyobrażałem sobie urocze mureinowe kuleczki z oczkami, które mają swoje szczęśliwe rodziny, nie mają zaś świadomości, że swoim sielskim życiem zatruwają życie moje. Powiedziałem mamie, że nie chce zabijać bakteryjek, na co mi odpowiedziała:
- Syneczku złoty, jeśli antybiotyk nie zabije bakteryjek, to bakteryjki zabiją ciebie.
Dziś jestem duży i bezrobotny. Nie zostałem inżynierem wbrew wszelkim ku temu talentom matematycznym. Gdy wybierałem studia chciałem akurat być filologiem, tworzyć kulturę, mieć wiążące opinie oraz recenzować książki w prestiżowych czasopismach. A kiedy ktoś próbował mnie od tej decyzji odwieść za pomocą racjonalnych argumentów, w ogóle mnie to nie ruszyła Nie mogłem pozwolić by racjonalizm zabił magię.
Jeśli mój syn zechce przypadkiem iść w ślady ojca i tworzyć kultury i wydawać opinię i pisać w czasopismach i dyskutować przy porannej herbacie będe wiedział co mu powiedzieć:
- Syneczku złoty, jeśli racjonalizm nie zabije magii to magia zabije ciebie.

deportant 2012-01-20 20:11:34
skomentuj (1)
Koniec epoki
Pan Mayers zrozumiał, że jego epoka już się skończyła. Oświecenia tego nie przyniósł jednak postęp technologiczny, mimo iż bardzo się starał diametralnie zmieniając organizacje i sposób wykonywania zawodu. Jakkolwiek bywały momenty, w których niemłody już wówczas człowiek musiał pokładać ogromne starania, aby nie cisnąć piętnastocalowym monitorem przez okno, przyznał w końcu, że te śmieszne puszki potrafią znacznie więcej niż wszystkie sumatory, arytmometry i suwaki logarytmiczne na świecie. Nie wystraszyły pana Mayersa również ciągłe przeprowadzki wiążące się, jak zapewniał biuletyn, z dynamicznym rozwojem przedsiębiorstwa. Chociaż, gdy pierwszego dnia pracy zasiadł za niewielkim biurkiem, znajdującym się w kącie jednopokojowej siedziby firmy, nigdy by nie pomyślał, iż kiedyś będzie zarządzał dwudziestym siódmym piętrem wieżowca, na które dojeżdża winda po wciśnięciu przycisku oznaczonego czerwonym napisem "Księgowość".
Pierwsze oznaki starzenia zauważył u siebie dopiero gdy szefostwo na miejsce emerytowanego pana Johnsa zatrudniło kobietę. Nie dość, że nie mężczyznę to jeszcze niebrodatego i nieprzekraczającego trzydziestki co wyraźnie kolidowało z wizerunkiem biura szczycącego się piętnastoletnią pracą dla wielkiego koncernu bez najmniejszej pomyłki rachunkowej. Jak każdy mężczyzna zrozumiawszy nieubłagalność czasu, pan Mayers postanowił udowodnić, że jego przypadek jest inny niż wszystkich i przez pierwsze kilka miesięcy nie przydzielił on pani Margaret ani jednego poważnego zadania. Także niewiele się w gruncie rzeczy zmieniło: pomieszczenia nadal zajmowali starzy brodaci mężczyźni stukający w klawiatury komputerów, zaś jedynym dodatkiem była młoda blondynka parząca kawę i spinająca dokumenty.
Prawdziwa rewolucja miała nadejść dopiero później, gdy jeden z księgowych zakłócił harmonię, beztrosko zachorowując na serce. Biuro z pewnością wytrzymałoby tydzień lub dwa w zubożonym zespole, ale niemal półroczne zwolnienie lekarskie mogło doprowadzić do katastrofy. Szukanie zastępstwa było zbyt czasochłonne i w końcu pan Mayers, pożegnawszy się z prestiżem poprosił panią Margaret o przejęcie obowiązków chorego. Kiedy jej praca okazała się staranniejsza niż ktokolwiek mógł podejrzewać, zwierzchnik poczuł że jego serce również odmawia współpracy. W jednej minucie zawaliły się bowiem fudamenty na których stała cała księgowość świata.
Przez następne lata ta budowla była skrupulatnie odbudowywana. Jednakże nie przypominała już dawnej nienaruszalnie stabilnej konstrukcji, a coś podatnego na delikatne podmuchy wiatru, mogącego runąć przy najbardziej niewinnej zmianie. Pan Mayers nie mógł nie zauważyć, że kolegów odchodzących na emerytury i zmieniających zawody coraz częściej zastępowały kobiety. Płeć piękna zresztą rozpanoszyła się nie tylko w jego biurze. Związek zawodowy wprowadził bowiem postulat o dodatkowy dzień wolny dla matki i dziecka, zaś na bankietach integrujących księgowych coraz częściej dało się usłyszeć nieznośnie wysokie głosy. Z czasem feminizacja osiągnęła swój cel ostateczny i obsługa rachunkowości przedsiębiorstw stała się zadaniem przypisywanym przede wszystkim kobietom. Nieliczni mężczyźni pozostający w tej branży, chcąc przypodobać się koleżankom po fachu golili zarosty oraz zmieniali fryzury, tak aby nie przypominać już dłużej podstarzałych niewolników przkutych do ksiąg podatkowych. Wreszcie dało się uznać za prawdopodobne, iż pan Mayers był ostatnim brodatym księgowym na świecie.
Aż pewnego dnia dyrektor generalny wezwał go do swojego gabinetu. Jak to bywa w takich sytuacjach zaczęło się od pochlebstw, że jego przeszło trzydziestoletnia praca niewątpliwie przyczyniła się do rozwoju firmy i umożliwiła osiągnięcie jej obecnego statusu na rynkach finansowych. Jakkolwiek po tej niemalże heroicznej służbie zasłużył wreszcie na emeryturę oraz odpowiednią odprawę. Dział administracyjny już się zajął wszelkimi formalnościami, natomiast my nigdy cię niezapominając, z przyjemnością odświeżymy nasz wizerunek.
Pan Mayers zrozumiał, że jego epoka już się skończyła. Nie rozumiał tylko, dlaczego te wszystkie zmiany zaszły daleko poza jego kontrolą i nie miał wpływu nawet na tak osobiste decyzje jak chęć przejścia na emeryturę. Przecież uznawano go za wspaniałego księgowego. Przez całą swoją karierę nie popełnił ani jednego błędu, a jednak nie interesowano się nim kiedy tylko przestawał liczyć i zaczynał się wypowiadać. Nikogo nie obchodziło co ma do powiedzenia w kwestii organizacji, etykiety i emancypacji zawodu. Współpracownicy uważali go za robota, który nie mógł mieć poglądów na cokolwiek, gdyż przeszkadzałoby to w skutecznym wykonywaniu nieskazitelnej pracy. Ot swoją matematyczną dokładnością zdyskredytował własną pozycje społeczną do tego stopnia, że w przeciwieństwie do wielu mniej wartościowych pracowników nie pozwolono mu odejść na własnych zasadach. Skończyła się era brodatych księgowych, westchnął do siebie i bez kwestionowania zarządzenia kierownictwa, przechodząc w stan spoczynku postanowił pozbyć się wreszcie zarostu.
Pech chciał, iż Pan Mayers pod gęstymi włosami brody odkrył podejrzanie wyglądający pieprzyk. Jego stworzony do kalkulacji umysł wspomagany reportarzami medycznymi widzianymi w telewizji, łatwo obliczył prawdopodobieństwo zagrożenia zdrowia, związane z tymże odkryciem. Wynik nakazał mu się zgłosić do przychodni. Lekarz posiłkukując się testami potwierdził, że znamię stanowi nowotwór złośliwy, zaś kolejne badania wykazały obecność przerzutów. Łączny wynik analizy brzmiał rok czasu. Plus minus dwa miesiące.
Księgowy pokornie pogodził się z tym wyrokiem i obiecał pilnie przestrzegać zaleceń. Jakkolwiek onkolog nakazał mu spędzać pozostały czas na ulubionych zajęciach, zaś jedyną rzeczą, która kiedykolwiek sprawiła mu przyjemność, była praca. Nic go nie interesowały kobiety, alkohol i inne plebejskie rozrywki. Chciał tylko móc kalkulować do samej śmierci, choćby z łysą głową i plując krwią. A ponieważ jego zasług dla firmy nie sposób nie uznać, postanowił wykorzystać ten atut i zażądać od dyrekcji przywrócenie dawnego etatu na tak długo, jak tylko rak pozwoli. Oczywiście wiedział, że szef myślący wyłącznie o reputacji nigdy się na to nie zgodzi. Zresztą nikt się z nim nigdy nie zgadzał.
Przekroczywszy próg gabinetu ze zdumieniem odkrył, że jego dawny przełożony przyjmował juz gościa. Zapewne niespodziewanego, co dało się wywnioskować spoglądając na pistolet przylegający do skroni najważniejszej osoby w przedsiębiorstwie. Z drugiej strony spustu znajdował się dawny pracownik logistyki, który mógł dorobić się niemałej fortunki na fałszywych fakturach, gdyby pan Mayers nie odkrył tego występu, co doprowadziło do dyscyplinarnego zwolnienia. Na widok tej pretensjonalnej sceny zemsty księgowemu rozbłysły oczy. Bezpardonowo oświadczył zamachowcowi, iż jego niedoszła ofiara jest ofiarą głównie w sensie matematycznym, co oznacza, że nie wykryłaby ona nawet najbardziej oczywistej nieprawidłowości finasowej. Pan Mayers obciążył się więc odpowiedzialnością za obecną sytuacje przestępcy, ale on nie chciał tego słuchać.
- Co też pan gadasz?! - zarechotał pogardliwie. Stary brodaty facet siedzący całymi dniami za biurkiem nie mógł być przecież odpowiedzialny za jakąkolwiek decyzje.
Rozwścieczyło to pana Mayersa tak, że prawdopodobnie pierwszy raz w życiu wydał z siebie krzyk. To przecież nikt inny tylko on wytropił nieprawidłowość. A wiedział, że logistyk ma dzieci i alimenty. Wiedział, że bez pracy długo nie pociągnie. Że skończy w rynsztoku żebrząc o marne grosze zniesmaczonych przechodniów. Mimo to podjął decyzję z zimną krwią bez krzyty litości, bo tego wymagało jego odkrycie. I to on powinien być teraz celem jego broni. Logiczne argumenty unosiły się w powietrzu z taką mocą, iż dało się je usłyszeć nie tylko na korytarzu, ale na całym piętrze, a także trzech niższych poziomach i nie było w tym zasięgu ani jednej osoby, który odważyłaby się je podważyć. Zamachowiec zadrżał ze strachu i postanowił odłożyć pistolet, co jednak nieusatysfakcjonowało księgowego. Wcisnął mu broń spowrotem do ręki i kazał się postrzelić. Styuacja się powtórzyła trzykortnie, za każdym razem ozdobiona bardziej donośnym krzykiem i bardziej sensownymi powodami, dla których pan Mayers powinien zostać zamordowany. Przestraszony logistyk wreszcie pociągnął za pust, dziurawiąc dawnemu koledze z pracy lewe płuco. Zanim jednak ten upadł bez życia, brudząc przepiękny turecki dywan, spojrzał jeszcze na szefa z triumfującą miną. Wreszcie coś zależało od niego.
deportant 2011-09-16 16:16:50
skomentuj (0)
Nieskończoność
W dwa tysiące sześćdziesiątym dziewiątym ludzkość znalazła się w punkcie, do którego dążyła od zawsze. Po skonstruowaniu urządzenia, rozwijającego geniusz pijackich przemyśleń istniało już wszystko. Wszelkie zjawiska określane dawniej paranormalnymi, lub uznawane za dowody istnienia Boga, zostały dokładnie poznane na gruncie naukowym. Okazało się, że stanowią skutek dosyć prostych przemian energii, które da się wykorzystać w przemyśle. Kościół oczywiście sprzeciwiał się wszelkim eksperymentom w tym kierunku, aczkolwiek po latach intensywnych wojen, w obliczu zagłady ekologicznej, mało kto bał się jeszcze Jezusa. Nowe technologie gwałtownie przyśpieszyły tempo rozwoju, zażegnując jeden po drugim kolejne światowe kryzysy. Papież ogłosił w końcu, że Wszechmogący przestał być ludzkości potrzebny, w związku z czym postanowił zniknąć na zawsze.
Dni mijały leniwie, a każdy bardzo podobny. Nad ranem, gdy większość obywateli zazwyczaj jeszcze spała, notowano delikatne opady życiodajnych deszczów. Zawierały one nawóz oraz optymalną mieszankę substancji odżywczych, by bioróżnorodność świata utrzymywała się na względnie stałym poziomie. Później się pogodziło, umożliwiając mieszkańcom radowanie się letnią temperaturą i słońcem. Dwudziestosześciogodzinna doba, zapewniająca ludzkiemu organizmowi najbardziej korzystny cykl metaboliczny, kończyła się niezmiennie pięknym zachodem słońca. Co prawda po paru tygodniach zdążył wszystkich znudzić, jednakże wybudowana specjalnie z myślą o nim wieża obserwacyjna, stała się cennym źródłem cienia.
Ludzie byli szczęśliwi. Wcale nie z powodu światowego pokoju, który każdego polityka doprowadzał do szaleństwa. Cieszyć naukowców nie mógł z kolei maksymalny stan rozwoju technologicznego. Nikt też nie skakał z radości na informacje, iż ziemia to jedyne miejsce gdzie we wszechświecie, gdzie istnieje życie, homeopatia nie przynosi jakichkolwiek efektów terapeutycznych, a wygląd się liczy. W rzeczywistości nie dało się znaleźć jakiegokolwiek powodu do uśmiechu. Przynajmniej dopóki nie zajrzało się do apteczki, gdzie czekały, wyprodukowane celem zaspokojenia popytu dwudziestopierwszowiecznego społeczeństwa tabletki ze szczęściem. O ich braniu nigdy nie zapominano, ponieważ o określonej godzinie brały się same, napawając pacjentów niezrozumiałym poczuciem zadowolenia.
W ten sposób czas przebiegał przez setki kolejnych lat, nie przynosząc jakichkolwiek problemów. Mieszkańcy poświęcali byciu szczęśliwymi każdą wolną chwilę, świadomie rezygnując z picia, jedzenia oraz innych czynności, których wykonywanie dawniej uważano za konieczność. W końcu przestali się w ogóle poruszać, przyrośli do ziemi, zdrewnieli i wypuścili liście. Kiedy na świecie nie pozostał już ani jeden człowiek, maszyny uzgodniły między sobą, że ich dalsze istnienie jest pozbawione sensu, po czym komisyjnie  dokonały samounicestwienia.
Drzewa, roślinność i zwierzęta zapadły się pod ziemie i przemieniły w węgiel, który po kilku miliardach lat został wydobyty przez całkiem przeciętnego górnika. Po wyładowaniu ostatniego wózka z surowcem, całkiem przeciętny górnik ucieszył się z fajrantu tak mocno, że postanowił go uczcić papierosem. Wrócił do domu, włączył telewizor, otworzył butelkę piwa i jeszcze przed snem pomyślał z bólem, jak ciężko przyszło mu żyć. Śnił o świecie, w którym nikt nie będzie musiał nic robić.

deportant 2010-10-24 02:42:54
skomentuj (2)
Spisek
Rachunek sumienia przeprowadziłem dopiero w radiowozie. Wcześniej po moim mieszkaniu kręciło się zbyt wiele uzbrojonych policjantów, bym mógł pozwolić sobie na myślenie. Zresztą pewnie i tak nie dałbym rady ułożyć w głowie czegoś sensownego, ledwo w ogóle zwlokłem się z łóżka. Musieli przed wejściem rozpylić jakiś gaz, albo niepostrzeżenie zrobić mi zastrzyk, czułem się bowiem potwornie. Siedząc na brzegu krzesła, całkowicie zalany potem, obserwowałem jakby przez mgłę, jak kolejne przedmioty lądują w trakcie przeszukania na podłogę. Nikt mi nie chciał powiedzieć co takiego znaleźli, kazali tylko podpisać czystą kartkę papieru, a po chwili zostałem skuty i poprowadzony do samochodu.
- Panowie, to jakaś totalna paranoja! - Oczywiście, ani przez moment nie wierzyłem w możliwość polepszenia sytuacji krzykami, ale szedłem na dno, musiałem więc chwycić się jedynej brzytwy, którą dostrzegłem - Ja nic nie zrobiłem, jestem niewinny!
- Wy nigdy nic nie robicie, a twoje ręce zawsze tak wyglądały, nieprawdaż? - Odpowiedział zupełnie spokojnie dowódca akcji, wprawiając swoich podwładnych w obrzydliwy rechot.
Dopiero wtedy spostrzegłem wysypkę pokrywającą moje dłonie, tak gęstą, że spod jej czerwieni nie dało się zaobserwować prawdziwego koloru skóry. Jak to cholernie szczypało! Widocznie nadmiar adrenaliny, już wówczas rozkładającej się we mnie, uśmierzał ból. Z każdej części ciała czułem palenie, kłucie bądź swędzenie. Czy to możliwe, aby w dwudziestym pierwszym wieku wojsko testowało na obywatelach jakieś substancje? Pomimo wszelkich usiłowań, nie znalazłem innego wytłumaczenia na to, co się w okół działo. Oprócz strachu ogarniała mnie także niezdrowa ciekawość. Dlaczego spośród milionów szarych ludzi, ofiarą padłem akurat ja? Przez chwilę odczułem nawet pewną satysfakcje, wymyślając jakie to wspaniałe cechy czynią mnie doskonałym królikiem doświadczalnym. Ostatecznie doszedłem jednak do wniosku, iż fanatycznie katolickie państwo, postanowiło raz na zawsze skończyć z podobnymi mi osobami. Rozwiązły tryb życia oraz umiłowanie rozrywki, to przecież największe zagrożenie, dla przyszłości konserwatyzmu.
Mężczyzna, który jako pierwszy po długich przesłuchaniach odwiedził mi w celi do złudzenia przypominał Franka - jedynego przyjaciela jakiego miałem. Te same rude bokobrody, lekka nadwaga, oraz diastema między siekaczami, odkryta przez niego po pierwszym litującym się uśmiechu, zupełnie zbiły mnie z tropu. Normalnie nie należę do ludzi specjalnie uzewnętrzniających swoje uczucia. Mówiąc szczerze, to w życiu nie użyłem słowa "kocham" w praktyce, słowo "lubię" padało zaś z mych ust tylko po pijaku. Jednak w takiej specyficznej sytuacji, znajoma twarz, spowodowała wybuch emocji, niemożliwych do powstrzymania przez żadne umysłowe hamulce. Zupełnie niekontrolowanie wyciągnąłem ramiona w stronę domniemanego znajomego. Magia chwili skończyła się gdy, rudy w reakcji błyskawicznie się odsunął.
- Proszę mnie nie dotykać! Pan chcę by mnie również oskarżyli? - Rzucił przerażony, a kiedy zobaczył, iż to pomogło, dał znać strażnikowi, by nie interweniował - Nazywam się F, będę pańskim adwokatem.
Potem przez dobre pół godziny, namawiał abym się do wszystkiego przyznał, zapewniając, że to najlepsze wyjście z tarapatów w jakie się wpakowałem. Rzeczywistość nie miała dla niego najmniejszego znaczenia, choćbym jakimś cudem faktycznie był niewinny, to i tak, każdy sędzia dałby wiarę rzekomo niepodważalnym dowodom. Na każde moje pytanie co to za dowody i o co w ogóle chodzi, odpowiadał zadumą, kończącą się niezmiennym wnioskiem: sprawa jest bardzo trudna, niech pan potwierdzi słowa prokuratora.
Przed wejściem na sale sądową zdążyłem pozbyć się wszelkich złudzeń, iż kiedykolwiek, dowiem się o zarzutach. Grzecznie zająłem przeznaczone mi miejsce, czekając na rozwój wydarzeń. W krótkim czasie sala wypełniła się na tyle, aby karłowaty woźny mógł w końcu wypowiedzieć swoje magiczne "proszę wstać, sąd idzie". Sędzia H zupełnie nie przypominał, swoich kolegów po fachu z amerykańskich filmów, nie nosił ani togi, ani zabawnej peruki. Jego ciało okrywał śnieżnobiały fartuch, w jakiś sposób doskonale komponujący się z wszechobecnym zapachem chloru.  Rozsiadł się na przygotowanym tronie i zanim pozwolił zgromadzonym spocząć, zdążył obrzucić mnie pełnym odrazy spojrzeniem. Szybko sprawdzona lista obecności oraz standardowe odrzucenie wszystkich wniosków, złożonych przez obrońce, pozwoliło mu rozpocząć właściwą część procesu. Pani prokurator V wstała aby odczytać akt oskarżenia:
- Oskarżam Jana Dmuchawca urodzonego...
Tylko tyle z tego dokumentu udało mi się usłyszeć. Później moją uwagę za bardzo przyciągnęły jej przepięknie krągłe piersi. Zdawałem sobie sprawę, iż odwrócenie mojej uwagi, było głównym celem postawienia takiej kobiety na stanowisku prokuratora, jednak nie mogłem się powstrzymać. Co za ironia losu! Pierwszy raz miałem okazje nie skłamać dziewczynie, mówiąc, że nikt mnie nie pociąga jak ona i pierwszy raz spotkałem taką, której na tym nie zależało. A przecież zrobiłbym wszystko, by tylko zaciągnąć ją do łóżka. Przez moment chciałem nawet przyznać się do wszelkich zarzucanych mi czynów, mając nadzieje na zyskanie w jej oczach plusa w zamian za możliwość wygrania sprawy. Z haczyka udało mi się zeskoczyć dopiero gdy sędzia poprosił o podejście do barierki. Przeliczyły się sukinsyny, myśląc, że jedna cycata laska, wystarczy bym zrezygnował z walki o swoje prawa! Na szczęście prowadzący rozprawę był prawdopodobnie najbrzydszym facetem na świecie.
- Nie wysoki sądzie. To wszystko stek bzdur, jestem niewinny.
Wlepił we mnie swoje zdziwione ślepia, wyraźnie nie spodziewając się takiej odpowiedzi. Gdyby mógł to zapytał by pewnie czy to moje ostateczne zdanie, ale znał się na wykonywanej robocie. Chcąc nie chcąc, przeklął pod nosem, kontynuując proces. Rzecz jasna, nie miałem szans walczyć z fanatyzmem, dążącym do eliminacji takich jak ja, postanowiłem jednak zrobić wszystko co w mojej mocy, aby jak najdłużej bronić się przed nieuniknionym. Na podstawie zeznań pierwszego świadka próbowano zarzucić mi homoseksualizm. Grzecznie potwierdziłem wielokrotne odbycie z tym panem stosunku analnego, a następnie szedłem w zaparte, że wcale nie jestem gejem. Kiedy w końcu oskarżycielka pogodziła się, iż można lubić zarówno mężczyzn jak i kobiety, sprawa przeszła na narkotyki. Wtedy również, nie chciałem potwierdzić domniemań. Parę eksperymentów, nawet tych dożylnych, wcale nie uczyniło mnie nałogowcem. Nie udało się im także jednoznacznie udowodnić mi promowania antykoncepcji. Faktycznie stosowałem ją dosyć często, jakkolwiek, zdarzało mi się z niej całkiem świadomie rezygnować, co wynikało z opinii biegłej - mojej byłej dziewczyny. Cała ta szopka trwała około trzech godzin, po wszystkim zarządzono przerwę, aby oprawcy mogli się w odosobnieniu naradzić.
- Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej - Sędzia recytował beznamiętnie po powrocie na salę. - Sąd uznaje Jana Dmuchawca za... - byłem niemal przekonany, iż za moment miałem usłyszeć słowo "winnego", toteż zupełnie zbiło mnie stropu zakończenie zdania - ...pozytywnego.
Uśmiechnąłem się nie dowierzając. Co prawda zupełnie nie rozumiałem, co też kryło się w tym tajemniczym orzeczeniu, jakkolwiek, słowo klucz przynosiło raczej dobre skojarzenia. Rzeczywistość wróciła do mnie wraz z kontynuacją monologu:
- Niniejszym zostaje skazany na niepokój, stres, cierpienie oraz brak chęci do życia. Może pan przypomnieć swój wiek?
- Czterdzieści sześć - odpowiedziałem zdezorientowany.
- W takim razie trzy lata wystarczą. Wyrok jest prawomocny i nieodwołalny. Zamykam przewód sądowy.
Drewniany młoteczek uderzył w biurko wprawiając mnie w niesamowitą wściekłość. "Spiskowcy, oszuści!" - krzyczałem nie przejmując się konsekwencjami.  Najszybciej jak tylko mogłem podskoczyłem do barierki, łamiąc ją na kawałki, zanim jednak któryś z nich wylądował na głowie sędziego, strażnicy zdążyli obłożyć mnie pałkami oraz skuć.
Resztę życia spędziłem w szpitalu. Za każdym razem kiedy poczułem się choć trochę lepiej, natychmiast podawano mi kolejne dawki tajemniczych substancji. Fanatyczni lekarze nie zafundowali nawet jednego dnia bez kasłania krwią bądź kichania płynem mózgowo rdzeniowym. Z czasem straciłem wszelkie siły do stawiania oporu wobec tych wszystkich tortur. Spisek sięgał o wiele dalej niż mi się zdawało. Nie wstawili się za mną ani znajomi, ani rodzina, nawet organizacje broniące praw człowieka nie stwierdziły żadnych nieprawidłowości. Jako bezpośrednią przyczynę zgonu wpisano zapalenie gardła, ale to również wywołało krzty reakcji. Tak jakby ludzie zawsze umierali z tego powodu.
deportant 2010-09-13 01:05:02
skomentuj (0)
Anioł stróż
W autobusie nie zamieniliśmy ani jednego słowa. Owszem coś tam próbowaliśmy powiedzieć dla rozluźnienia atmosfery, ale równoczesne wydanie z siebie dźwięku, sprawiło, że ona zachichotała, a ja głupkowato się uśmiechnąłem. Później już milczeliśmy do końca drogi. Jeśli choć w pewnym stopniu myślała o mnie tak, jak mi się zdawało, to mogłem już w ogóle nie wracać do domu.
Nie winie rodziców za doprowadzenie do takiej sytuacji. Tego jointa naprawdę dało się schować znacznie lepiej, zresztą stało się. Matka, pod moją nieobecność, postanowiła zrobić porządek w pokoju, znajdując marihuanę. I potem już było jasne, stałem na skraju przepaści, a sytuacja wymagała natychmiastowej interwencji. Tylko dlaczego, do cholery, nie dali mi szlabanu jak wszyscy normalni rodzice? Oni woleli to załatwić po amerykańsku, tak jak przeczytali w internecie. Od tego czasu mogłem wychodzić z domu tylko w towarzystwie przyzwoitki. Istniały już wtedy odpowiednie firmy stworzone dla wszystkich nowoczesnych opiekunów. Wynajmowało się specjalnie wyszkolonych licealistów, aby kontrolowali swoich podopiecznych i w razie czego informowali odpowiednie oddziały interwencyjne. Karla pracowała pracowała w przedsiębiorstwie "Bezpiecznie bez obciachu".
Przed imprezą udaliśmy się jeszcze do hipermarketu. Z początku szło gładko, zupełnie bez reakcji obserwowała, jak kolejne paczki czipsów lądują w koszyku. Przy prezerwatywach również obyło się bez protestu, dopiero piwo zmieniło postać rzeczy. Odłożyła je spokojnie na półkę, pytając czy naprawdę myślałem, że to się uda. Nie myślałem, jednak nikomu nie zaszkodziło spróbować. Po odwiedzeniu stoiska z napojami udaliśmy się kasy, gdzie wyjęła z mojej kieszeni butelkę szampana. Obiecała przy następnym razie użyć służbowego telefonu. Szykowała się super zabawa.
Jeszcze na klatce schodowej rozważałem powrót do domu oraz partyjkę warcabów z moją towarzyszką w ramach reszty dniówki. Kiedy ja się zatapiałem w swoich przemyśleniach, ona beztrosko nacisnęła dzwonek. Gospodarz, nieco już wstawiony, odebrał niespodziewanego gościa, jako dziewczynę, którą zamierzałem tej nocy przelecieć, czego nie omieszkał rozpowiedzieć wszystkim zaproszonym. To był chyba pierwszy plus tego wyjścia. Koledzy z szacunkiem klepali mnie po ramieniu, niedowierzając w moje zdolności podrywacza, a dziewczęta fukały zazdrośnie, czego również trudno nie uznać za komplement.  Faktycznie, ciężko stawić opór takim idealnie prostym blond włosom, dopasowanym jak u stylisty do prześlicznego uśmiechu. W dodatku nie wlewała sobie wódki do koli jak wszystkie laski, ale piła prosto z kieliszka, rzucając mi przy tym spojrzenie w stylu " przecież to nie moi rodzice płacą pieniądze idiotycznej firmie". Myślałem, iż alkohol pomoże jej się wyluzować, ale nic z tego. Mogła się zataczać, ledwo widzieć na oczy, jednak gdy tylko spojrzałem na napoje wyskokowe, natychmiast machała mi przed nosem swoją komórką.
W drodze powrotnej już w ogóle nie odklejała się od telefonu. Dałbym sobie głowę uciąć, iż pisze w mojej sprawie jakiś raport, czy coś, gdyby sama wcześniej nie przyrzekła z ręką na sercu, że tego akurat nie  robi.  Nie chciała się przyznać, co w rzeczywistości kombinowała, za to chętnie rozmawiała na wszelkie inne tematy. W sumie taka mogłaby nawet być. Piękna, rozmowna i bez ciągoty do spedalonych drinków. Całkiem sensownie szło się z nią dogadać, właściwie nie milknęliśmy nawet przez sekundę. Przy czym obeszło się bez pieprzenia o pogodzie, jak w większości przypadków, gdy wracam na bazę z dziewczyną. Opowiadała o swojej poprzedniej pracy. Jeden z klientów osiedlowej pizzerii ze zdumieniem przyglądał się, gdy odmawiała komuś piwka na krechę, mimo, że parę minut wcześniej jakiś chłopak przyszedł spłacić zaległy rachunek. Facet uznał, iż taka znajomość ludzi to prawdziwy talent, który nie powinien się marnować za ladą. Odchodząc, wręczył jej wizytówkę i tak stała się przyzwoitką.
Już miałem wejść do domu, kiedy poprosiła bym poczekał z nią przed bramą jeszcze przez minutę. Po tym czasie wyrzuciła służbowy telefon. Nastała szósta, godzina do której została opłacona, a chwilę wcześniej zwolniła się z roboty. Esemesem oczywiście, personel "Bezpiecznie bez obciachu", wszystkie sprawy załatwiał w ten sposób. To rozwiązanie wiązało się ze specyfiką branży. Usiedliśmy na pobliskim przystanku autobusów, po czym wyjęła z plecaka dwa piwa oraz poczęstowała mnie papierosem. Ponoć spełniałem wszystkie cechy, jakie musiał posiadać jej idealny towarzysz podróży. Już dawno chciała uciec od tego całego pruderyjnego świata. Marzyła o mieszkaniu pod mostem w Amsterdamie i paleniu blantów skręconych z zioła uzbieranego z niedopałków leżących na ulicy. Mogło to jej się udać tylko ze mną, tak twierdziła, jako osoba, która zna się na innych. Ja raczej nie byłem do końca przekonany. Taka wycieczka z pewnością kwalifikowała się do szaleństw, jednak powrót do domu wydawał się jeszcze bardziej bezcelowy. Przydzielono by mi przecież nową przyzwoitkę, a szansa trafienia na osobę, która napije się ze mną browara po szóstej, wynosiła niewiele więcej niż zero. Zanim podjąłem ostateczną decyzję, wyciągnęła rozpisany plan, wtajemniczając mnie w szczegóły nadchodzącej przygody.
Dopiero na dworcu znalazłem odwagę by poinformować ją, iż w moim portfelu dało się znaleźć nie więcej niż cztery złote. Nie stanowiło to najmniejszego problemu, wymyśliła nam bowiem jazdę na wyjebkę. Co to oznaczało, dowiedziałem się kilka godzin później, kiedy konduktor, na nasz brak biletu, poprosił o dokumenty. Odruchowo włożyłem rękę do kieszeni, ale zanim wyciągnąłem legitymację, Karla kopnęła mnie w kostkę, obwieszczając, że nie posiadamy żadnych dowodów tożsamości.  Facet coś tam poszczekał, pogroził policją, aż w końcu nakazał wysiąść na najbliższej stacji. Znaleźliśmy się na kompletnym zadupiu, gdzie pierwszy pociąg w odpowiednim kierunku odjeżdżał dopiero wieczorem. Wobec tego jedynym wyjściem okazało się łapanie stopa, co z resztą z moją towarzyszką należało uznać bardzo łatwe, ponieważ samochód zatrzymał się dosłownie po chwili.  Wzięła nas parka ćpunów wracająca z jakiejś imprezy. Wyjątkowo pozytywni ludzie. Nie dość, że bez żadnych oporów dzielili się wszystkim co mieli przy sobie, to jeszcze, dowiedziawszy się o naszej ucieczce z domu, zaproponowali nocleg u siebie.
Mieszkanie, do którego zajechaliśmy późną nocą, składało się z dużego pokoju, kuchni oraz łazienki. Ściany pokryte były psychodelicznymi wzorami, zaś podłogi niedopałkami, z których z pewnością dałoby się kręcić blanty. Złudnie wierzyłem, że po tak wyczerpującym dniu choć trochę pośpimy, bowiem pan domu, zaraz po zdjęciu butów, rozsypał amfetaminę na kuchenny stolik. Potem o odpoczynku już nie myślałem wcale, ponieważ serce waliło mi jak młotek, z głośników leciała muzyka, a życie miało sens.  Ciężko powiedzieć jak długo dokładnie to trwało, skoro noce i dnie mijały niczym sekundy. Ciągle przychodzili jacyś ludzie, w telewizji leciały teleturnieje, natomiast przy najmniejszych objawach trzeźwienia, na stole pojawiały się kolejne porcje stymulantów. Kiedy towar wreszcie się skończył, wymówienie jakiegokolwiek słowa, stanowiło dla mnie ogromny problem. Pomimo, iż szczerze nie chciałem zawieźć Karli, uświadomienie jej konieczności powrotu do domu, wydawało się najrozsądniejsze. Ona jednak była tego całkowicie świadoma.
Wkrótce do mieszkania przyjechała grupa medyczna z "Bezpiecznie bez obciachu" razem z moimi rodzicami. Tata poszedł regulować kwestie finansowe z przyzwoitką, a lekarz wykonał na mnie kilka podstawowych badań, stwierdzając, iż jazda samochodem nie zagraża mojemu zdrowiu. Podczas drogi powrotnej zupełnie nie docierały do mnie morały prawione przez mamusię. Myślałem wyłącznie o tym, czy powinienem odczuwać wobec Karli wdzięczność czy też zawód. Pewnie się już tego nie dowiem. Wiem za to na pewno, że rodzice już nigdy nie potrzebowali usług jej pracodawców, a ja już do końca życia pozostałem trzeźwy.
deportant 2010-08-12 07:29:42
skomentuj (0)
Wieczory i poranki
Wieczorami odzywa się do mnie sumienie. Wypomina mi jak bardzo nie zmieniłem świata, chociaż tak długo już po nim stąpam. I nie ma takiej rzeczy która mu nie przeszkadza, nawet do nieobciętych paznokci się czepi. Oczywiście próbuje poddusić je papierosem, ale to na nic. Złego diabli nie ruszą. A kiedy zawiodą już wszystkie metody perswazji, sumienie siada obok na łóżku i rozmawiamy.
Sumienie pije piwo, ja wybieram sok grejpfrutowy. Pyta czy jutro będzie lepiej i wie, że zaprzeczę, zawsze zaprzeczam, pomimo najsilniejszych starań. Niby umiem kłamać, jednak z nim taki numer nie przejdzie, zna każdy szczegół mojego życia, dosłownie jakby siedziało we mnie. Trzaśnie w policzek demonstrując szkodliwość takiego myślenia. Dzisiaj dłoń, jutro bomba atomowa, zawsze tak gada. Jak dotąd żadna bomba nie spadła. Żeby chociaż martwe owady nie leżały na podłodze, żeby włosy nie odbijały każdego promienia światła, a tak to nie mamy o czym rozmawiać, gasi mnie sumienie i włącza telewizor.
Oglądamy wiadomości, żydowscy żołnierze przez pomyłkę ostrzelali cywilny samochód. A dało się temu zaradzić. A moja koszulka to niby skąd. Sprawdzam metkę, z Chin. I weź tu teraz takiemu wytłumacz, że Izrael nie ma nic wspólnego z państwem środka. Zawsze wie swoje i zawsze w jakiś magiczny sposób ma rację. Choćby na stole stały jak wół dwa jabłka, a ono powie, że trzy, to już nic nie poradzisz. Nie minie piętnaście minut, zanim dasz sobie rękę uciąć, iż jest ich więcej, a przecież nic w tym czasie się nie zmieni. W dodatku będzie ci się chciało płakać, snu zaś nie zastaniesz przez tydzień. Mimo, że to tylko jakieś pierdolone owoce, nie wielka miłość czy od choćby martwi Palestyńczycy.
Błyszczę swoim to wszystko można jeszcze naprawić. Wtedy naprawdę w to wierze. Wychwalają cuda czynione przez wiarę i doprawdy trudno nie przyznać im racji. System gospodarczy powstający na poczekaniu w  mojej głowie jest dosłownie idealny. Najdalej za pięć lat stabilna sytuacja ekonomiczna, za dziesięć rozbrojenie nuklearne, może za dwadzieścia pojednanie międzyreligijne. Jak tak spojrzeć na to logicznie to sprawa staje się całkiem prosta. Głodujące dzieci to efekt zwykłego lenistwa, głodujący narkomani - braku zrozumienia. I wypisuje te recepty niczym jakiś lekarz. Pierdolony doktor Judym walczący z ubogimi wieśniakami. Dobre zamienia się w lepsze, lepsze w doskonałe. W ciągu paru godzin tworze dzieło swojego życia: państwo idealne. Utopie.
Milknę na niby jak ty to wszystko wprowadzisz. Puszcza mi oko sumienie z triumfem wypisanym na twarzy. No nie wprowadzę, nie ma chuja, wygrało, pierdolone. Chwyta mnie za rękę, po czym wdrapujemy się na parapet, strasznie tutaj brzydko, nie? W istocie paskudne wyglądają te bloki po zmroku. Wcale nie będę tęsknić, a ty? Ono też nie. Skaczemy, potem umieramy. Ja, sumienie i utopia.
Nad ranem rozkoszuję się poirytowanym grymasem leżącej obok nadziei. Czy ja naprawdę muszę wstawać tak wcześnie? Jestem przecież bezrobotny, powinienem z tego korzystać. To nie polowanie, nie ma sensu wychodzić przed świtem. Trzeba być wypoczętym, inaczej żaden pracodawca nie uwierzy w dobre intencje. Nie daję jej zasnąć, bo sam nie mam ochoty na sen. Oj dobrze już dobrze, wstaje. Przewala stertę ubrań, poszukując swojego stanika. Po zapięciu pyta jak wygląda. Mówię, że ma duże piersi, ona jednak doskonale wie o tym sama. Najładniejsza kobieta na świecie nie mogłaby mieć małych.
Trzymamy się za ręce i patrzymy na sufit. Przydałoby mu się jakieś malowanie. Zrobisz to jutro, jak juz będziesz zarabiał.  Przekonuje, iż dzisiaj jest mój dzień. Tylko skąd ona może takie rzeczy wiedzieć. Każe mi wstać, pokazuje ćmę, znajdującą się na podłodze w wyniku kontaktu z żarówką. Ćma jak ćma, ma tam jakieś szare kropki na szarych skrzydełkach, albo może i odwrotnie. Nagle jebana robi dwa kroki. Co ona chce, żebym zawału dostał? I jeszcze dwa i odlatuje. Przez cały ten czas żyła, kurwa. Nadzieja zastanawia się czy rozumiem, próbuje ją upewnić, ale nie daje się nabrać. Prosi bym podszedł do okna. Czyż to nie jest piękny widok? Potwierdzam,  czegoś tak wspaniałego jeszcze nie ujrzałem. Mętne światło wschodzącego słońca idealnie komponuje się z szarością bloków. Jak na obrazie Van Gogha. Takim za milion dolarów, widziałem w gazecie.
Mózg chyba wydziela do krwiobiegu jakiś hormon szczęścia. Nie dręczą mnie już żadne troski, przecież mogę załapać się na robotę, jeżeli tylko mi się zachce. Mogę zmienić moje mieszkanie w impresjonistyczne malowidło. Nawet siebie mogę w je zmienić, wszystko da się przecież naprawić. Tak więc naprawiam: obejmuje nadzieje w pasie. Ona teraz wie, że zrozumiałem, pozwala sobie włożyć rękę w majtki. Kochamy się na podłodze, dochodzimy równocześnie. Co prawda nie użyliśmy prezerwatywy, ale jakoś mi się wydaje, że nie będzie z tego dziecka.
deportant 2010-07-08 02:03:45
skomentuj (1)
Rachunek sumienia
Najpierw trzęsło jak zawsze, do czego wszyscy zdążyli się przyzwyczaić, więc nikt nie miał najmniejszych powodów do obaw. Potem coś szarpnęło, trzasnęło i jeszcze przez moment winda pracowała tak gładko jak nigdy wcześniej, po czym usłyszałem charakterystyczny odgłos pęknięcia. Kiedy doszło do mnie w końcu, że ów dźwięk wydała lina przytrzymująca kabinę, odwróciłem się do współpasażerów z zamiarem pocieszenia ich. Chciałem zapewne powiedzieć, że to bardzo wysoki budynek i zostało nam co najmniej kilka minut życia, jednakże ich nad wyraz spokojne zachowanie zupełnie mnie od tego odwiodło. Oparłem się wygodnie o jedną ze ścian by w ciszy przemyśleć wszelkie moje poczynania, z których niebawem miało mi się przyjść rozliczać. Pomimo najszczerszych chęci nie zdążyłem wymyślić sobie dobrego usprawiedliwienia, bowiem przeszkodził mi w tym sąsiad klepiąc mnie po ramieniu:
- Patrz pan, że już trzy lata temu mieli ją naprawiać. - Przytaknąłem, jednak bez przekonania ponieważ o żadnym planowanym remoncie dźwigu nie obiło mi się o uszy - To teraz chyba będą musieli, nie? - Kontynuował zupełnie niewzruszony moim brakiem zainteresowania - A to taka dobra winda była, komuniści nam zafundowali, ale po trzydziestu latach, to musiała kiedyś się zepsuć, nie?
- Może musiała, może nie musiała. - Odrzekłem całkiem bez sensu, na co rozmówca przyznał mi rację, po czym wyciągnął z kieszeni nieco pogniecioną paczkę papierosów. Stara baba spod trzydziestki dwójki uważnie przyglądała się jego dłoniom. Milczeniem skomentowała, jak bawił się obracając kartonowe pudełeczko na wszystkie strony. Nawet gdy je w końcu otworzył, po czym powolnym ruchem wsadził sobie fajkę do ust, sąsiadka nie wydała z siebie jednego dźwięku. Ale tylko wyciągnął zapalniczkę, zapalił i zaciągnął się, a podłoga tak zawibrowała pod tupnięciem kobiety, że aż podskoczyłem.
- Panie co pan? Wszystkich nas pan potrujesz! - Wrzasnęła przeraźliwie, a na wzruszenie ramion mężczyzny odpowiedziała kolejnym uderzeniem buta o ziemie - Zgaś pan to świństwo, ja na raka umierać nie zamierzam!
To, że powód jej zgonu miał być zupełnie inny, wydało się oczywiste nie tylko dla mnie, bowiem w kabinie rozległ się gromki śmiech. Babcia postanowiła nie dawać za wygraną i stanowczym ruchem wyrwała sąsiadowi sporny przedmiot z ręki. W ripoście poszkodowany próbował złapać ją za nadgarstek, ta jednak całkiem zwinnie, jak na swoje lata zrobiła unik. Szarpali się jeszcze przez moment niczym pokłócone rodzeństwo, aż w końcu papieros upadł na podłogę i poturlał się tuż pod moje nogi. Wyrażając nadzieje na odrobinę spokoju przydeptałem go, ściągając na siebie zawiedziony wzrok mężczyzny. Zrezygnowany udał, że nie widzi triumfującego uśmiechu swojej przeciwniczki i usiadł sobie w kącie.
Cisza nie łaskotała moich błon bębenkowych zbyt długo. Ledwo skończyłem rozpamiętywać dzieciństwo, a znów usłyszałem zagadywanie:
- A pan, zdaje się Skodą jeździ? - Nie próbowałem się nawet domyślać skąd przyszedł mu do głowy taki pomysł, prawdę mówiąc, w życiu nie prowadziłem samochodu. Zanim jednak udało mi się zaprzeczyć, współpasażer rozpoczął swój kolejny wywód. - Bo to super auta są, kiedyś to każdy taką pod blokiem trzymał, towarzysze za frajer fundowali. A teraz co? Jak kto nakradł, to wozi się w tym swoim Volkswagenie czy Oplu, a uczciwy człowiek niech autobusem popieprza! A żeby to jeszcze jeździło jak w rozkładzie, dawniej minuta spóźnienia i zaraz milicja kierowce do pionu ustawiała, dzisiaj robią sobie co  chcą. Bo jest demokracja i mogą już robić sobie jaja z klienteli! Ale ja tam nic nie mówię, nic nie narzekam, ludzie tak wywalczyli to teraz tak mają.
Wiedziałem dokładnie co się za moment stanie, ale nie nawet nie próbowałem temu zaradzić.  Mijały ostatnie chwile mojego życia i znalazłbym sobie tysiąc ciekawszych rzeczy do roboty niż mediacja w kłótni dwóch staruchów. Z obojętnością przyglądałem się więc sąsiadce, która z każdym kolejnym zdaniem coraz mocniej zaciskała pięści. W końcu nie wytrzymała:
- Ja sobie nie pozwolę tego słuchać! Panie, mój świętej pamięci mąż, zginął z ręki esbeka, moja córka za Jaruzela dwa miesiące w więźniu spędziła!
- A kto jej kazał kamieniami w szyby senatu rzucać?
- Komuchy kazały! Bo to ludzie zwykli, chleba nie mieli, panie! W komuchów rzucać to chrześcijański obowiązek jest!
Oddałbym wówczas wszystko, żeby ta cholerna winda roztrzaskała się w końcu o ziemie, ale nic z tych rzeczy. Jakby robiąc sobie ze mnie jaja spadała w najlepsze w dół bezdennego szybu. Nie wiem jakim cudem obyło się bez rękoczynów, w każdym razie po kilku "debilach", "starych flądrach" i "głupich babach", opanowali się nieco przywracając ciszę do pomieszczenia. Nie podejmowałem, już kolejnych prób przeprowadzania rachunku sumienia. Jeżeli Bóg posiadał w swojej boskiej głowie choć odrobinę oleju, to powinien uznać mnie za santo subito, skoro ich nie zabiłem. A swoją drogą to chciałem, ale nie znalazłem w zasięgu wzroku żadnego nadającego się sprzętu, a poza tym liczyłem, że grawitacja zrobi to za mnie.
Nie wiem jak długo trwał już ten lot w momencie, kiedy pojawiła się pierwsza iskierka optymizmu. Znudzony oczekiwaniem sąsiad wyjął metalową piersiówkę zza pazuchy i po dużym grzdylu wcisnął mi ją do ręki. Jako, że nie jestem jednak typem wyciągającym wniosków z doświadczeń, wprawiło mnie w ogromne zdziwienie, kiedy baba zabrała mi flaszkę zanim zdążyłem skosztować jej zawartość. Pociągnęła kilka łyków, po czym uśmiechnęła się do mężczyzny:
- A wie pan, że co można powiedzieć o komuchach to można, ale na robieniu bimberku się znają jak nikt inny.
- Lata praktyki droga pani, jak przed trzynastą nic kupić  nie szlo, to wiadomo, że przecież człowiek, nie wielbłąd. - Odpowiedział, po czym zaczęli się śmiać, a ja poczułem lekkie zażenowanie.
Wraz ze wzrostem stężenia alkoholu w żyłach moich towarzyszy podróży Gierek stawał się coraz mniej zły, a świętej pamięci małżonek coraz wspanialszą osobą. W końcu stanęło na tym, że "co było to było i nie ma sensu wracać", a potem przestali rozmawiać, bo ich języki zajęte już były zgoła czym innym, co pobudziło we mnie odruch wymiotny. Resztki obiadu nie zakłóciły najwidoczniej romantyzmu tej chwili, bowiem z każdą sekundą zwiększała się ilość ubrań leżących na podłodze. Co się działo dalej, to wolałbym nie pamiętać, niestety pamiętam aż za dokładnie każdy najmniejszy ruch, aż do orgazmu, po którym okazało się, że "mąż był lepszy" oraz, że "komuchy to nawet tego nie umieją".
Odebrałem cztery porody, przeżyłem setki kłótni, zyskałem tytuł najlepszego wujka na świecie, a winda jak spadała tak spada. Nawet nie jest aż tak źle, jak można by sobie to wyobrażać, w końcu oni wszyscy od czasu do czasu śpią i mogę sobie wówczas ułożyć rzetelny rachunek sumienia. A mówi on jednoznacznie: Jestem miłym, cierpliwym i uczynnym człowiekiem, jak ta gehenna się wreszcie skończy to na pewno pójdę do nieba.
deportant 2010-05-14 20:02:54
skomentuj (0)
Biofilm
Kino "Nieskończoność" stało tam gdzie zawsze, choć żaden rodzic ani policja nigdy nie mogli go odnaleźć. A przecież wszystkie pociągi i pekasy prędzej czy później musiały tam dojechać. Wystarczyło więc wybrać dowolny środek transportu publicznego i czekać cierpliwie na wymarzony przystanek. Warunek był jeden: nie kupować biletu. Te śmieszne świstki papieru zostały wymyślone dla takich, którzy dobrze wiedzieli dokąd zmierzają. A jeżeli ktoś w swojej podróży kierował się konkretnym celem, to z pewnością nie było nim tamto miejsce. Zostało ono bowiem wzniesione tylko po to, żeby przypadkiem tam nie zajechać.
Mimo iż, nie wyświetlano tam seansów trójwymiarowych, maszyna do robienia popkornu zepsuła się zanim ktokolwiek ją uruchomił, a każdy puszczany film, dało się zobaczyć odwiedzając przeciętną rodzine, na brak gości nigdy nie narzekano. Powodów było wiele, nuda, narkotyki, kłótnia z matką, nadmiar wolnego czasu. A kto raz przyszedł, pozostać musiał na dłużej, ponieważ obsługa klamki od drzwi wyjściowych wydawała się na tyle skomplikowana, że nawet próby jej naciśnięcia nie miały większego sensu. Niektórym tak się podobało, inni jakoś to znosili, niemniej wszyscy wierzyli, iż do końca życia tego budynku nie opuszczą.
Po środku kina znajdowała się palarnia, od której odchodziły cztery korytarze, każdy zakończony drzwiamy prowadzącymi do jednej z czterch sal projekcyjnych. Na pierwszej z nich pokazywano dramaty o nieustających porażkach, beznadziejności życia, braku zrozumienia ze strony świata. Na drugiej wyświetlano obrazy dokumentalne o zgubnym wpływie światowych korporacji na środowisko naturalne. W kolejnej dało się obejrzeć filmy kompletnie pozbawione sensu, chociaż tamtejsi bywalcy twierdzili, iż nalezy się w ich doszukiwać głębokiego przesłania, chyba, że akurat któryś nie zażył wcześniej odpowiedniej używki. Ekrea czwartej wypełniony zaś został tym co rejestrowały kamery monitoringu umieszczone w pozostałych salach. A wszystkie taśmy były czarno białe i żadna przez chwilę nie pokazywała kolorów pośrednich.
W przerwach między seansami goście wychodzili na papierosa i nawzajem doradzali sobie powrót do domu. Bo nie muszą tam przesiadywać, bo nie wszystko jeszcze stracone, bo się marnują. A z takich rad nikt niekorzystał, bowiem, o ile każdy na miejscu kogoś innego, dawno już nacisnął by tą przeklętą klamkę, to sam robić tego nie zamierzał, wszakże jego sytuacja okazywała się o wiele gorsza. Po ostatnim zaciągnięciu dymu dzwonek obwieszczał kolejną projekcje i wszyscy rozchodzili się do sal. A nigdy do tej w której przesiadywali przesiadywali przed przerwą, ponieważ ich upodobnia kinematograficzne zmieniały się nieustannie.
Z każdym dniem działo się coś nieprzewidywalnego. A to grzyb na suficie wysokczył, a to rura jakaś pękła, gąbka wyszła z fotela, albo projektor uległ awarii. Wszystko przesiąkało smrodem papierosów, albo się psuło, albo zawsze śmierdziało i było zepsute, tyle, że nikt wcześniej nie zwrócił na to uwagi. W końcu nawet po narkotykach kino nie wydawało się już piękne, a jedynie potęgowało swoją obrzydliwość. Bywalcy jednak nieprzerwanie krążyli pomiędzy salami, nawet nie próbując zgadywać dlaczego. Być może w obawie przed światem zewnętrznym, być może dlatego, że zapomnieli w ogóle o jego istnieniu.
Zdążą jeszcze fajki się skończyć w miejscowym bufecie, popsuć się wszystkie toalety, ktoś umrze może, ale prędzej czy później znajdzie się jednostka która ma dosyć. Nie wiele myśląc naciśnie klamkę i sama sobie się zdziwi prostotą tej czynności. A potem już wszyscy pójdą w jej ślady i wszyscy spostrzegą jak piękny i kolorowy jest świat zewnętrzny. Wrócą do rodziców, pokończą szkoły, rodziny pozakładają i z dziećmi się nieraz pokłócą. A na ich miejsce przybędą nowi goście, dla których kino będzie utopią pozbawioną jakichkolwiek usterek. Zachęceni faktem, że w końcu nikt im nie rozkazuje, rozsiądą się w fotelach i zostaną na dłużej. Bo przecież dlaczego mieliby próbować walczyć z tak skomplikowanym mechanizmem, jak drzwi wyjściowe?
deportant 2010-05-08 22:17:59
skomentuj (0)
Cholernie dobry plan
Jak już kupię sobie sandały, będę zakładał do nich skarpetki. Wtedy przynajmniej ktoś na mnie spojrzy. Może parsknie w odruchu obrzydzenia jakieś ładne dziewczę, trzymające za rękę swojego chłopca. Ja udam, że nie zauważę, bo dobrze jest nie zauważać złych rzeczy. Znajdę w tym spojrzeniu odrobinę miłości, która zainspiruje mnie do napisania cholernie dobrej książki. Rozejdzie się ona w milionowym nakładzie i będą ze mną robić w wywiady w różnych radiach i telewizjach.
Nie muszę chyba dodawać, że sukces w żaden sposób mnie nie pocieszy. Do pieniędzy nie da się przecież przytulić. Można natomiast uścisnąć dziewczynę, ale ona z pewnością nie przeczyta żadnego z artykułów poświęconych mojej osobie. Postaram się więc odnaleźć ją w inny sposób, bezskutecznie oczywiście. Bo jak niby natrafić na kogoś, kogo widziało się raz w życiu, przez kilka sekund? Dam ogłoszenie do gazety, zatrudnię detektywa, znajomych też bym popytał, gdybym jakiegoś miał. A kiedy wszystko pójdzie na marne, to uświadomię sobie, że kobieta, która zakochała się w kimś, tylko dlatego, iż akurat założył skarpety do sandałów musi być wybitnie głupia. Znanemu pisarzowi nie przystoi przecież zadawać się z tępymi pannami. I wtedy znajdę sobie inną dziewczynę. Normalną, zdającą sobie sprawę, jak obrzydliwe jest wkładanie odzianej w skarpetkę stopy w sandał.
Nie wiem jak długo już nie ruszam się z łóżka. Dawno przestałem rozróżniać jaki mamy dzień, czy też miesiąc. Wszystkie są z resztą takie same. Po obudzeniu satram się nie otwierać oczu, wierząc, że dzięki temu jeszcze uda mi się zasnąć. Kiedy już pogodzę się z fizjologią, zaczynam myśleć. Dużo pomysłów przechodzi przez głowę i wcale nie wszystkie są przepisami na odebranie sobie życia. Niestety, te bardziej optymistyczne przychodzą wieczorem, kiedy nie da się ich już zrealizować i najlepsze co można zrobić to pójść spać. Na szczęście, jak wreszcie kupię sandały to wszystko się odmieni. Szkoda tylko, że sklep jest tak daleko. Trudno, może następnym razem wymyślę łóżko na kółkach.
deportant 2010-04-27 00:44:30
skomentuj (0)
Powodzenie
Ilekroć chcę coś napisać jest już za późno, za wcześnie, albo jestem akurat trzeźwy.
deportant 2010-04-26 23:54:15
skomentuj (0)
Wnętrze
I co teraz, pytasz się debilnie chyba siebie samej. No bo przecież skąd możesz niby wiedzieć, że ja w tym momencie wszystko doskonale słyszę. Gdybyś była może nieco bystrzejsza, to wtedy jasne, zwlekłabyś natychmiast dupę z łóżka i zaczęła przepraszać za swoje zachowanie. Albo na pogotowie jakieś zadzwonić chociaż, wielki mi problem. A ta nie, siedzi tylko i płacze, bo wszystkie, bohaterki twojego ulubionego serialu, w takich sytuacjach szlochają w najlepsze. Pewnie ani przez moment nie przyszło ci do głowy, jak wielkie kokosy dostają one za swoje wygłupy. Ba, za odpowiednią sumkę to nawet ja bym wysmarował sobie oczy cebulą, co by parę łezek poleciało. Ale robić z siebie ofiarę losu totalnie za darmo? Trzeba by chyba mózgu nie mieć, co w twoim przypadku odkryciem Ameryki raczej się nie okazuje.
Strach pomyśleć, że dałem się nabrać, na te wielkie cyce uśmiechające się do mnie zza dekoltu. Pedał by się spojrzał gdybyś podstawiła mu je pod nos, tak jak mnie, gdy zapytałaś czy poczęstuję cię fajką. Jakby tego mało, to jeszcze musiałaś bezczelnie dodać "fajna fryzura" czy tam "naprawdę niezły biceps", choć była to gówno prawda, z czego oboje zdawaliśmy sobie sprawę. Owszem, koledzy podpowiadali, że jak laska sprzedaje takie kity, to pewnie jakaś psychiczna, albo świeżo po zmianie płci, bo dziewczyny należą do innej rasy i to one są przystosowane do bycia ściemnianymi, a nie odwrotnie. Specjalnie jednak nie chciałem im wierzyć, przecież twoje blond loczki wyglądały super, a mnie cisnęło na rżnięcie już od dłuższego czasu. Zresztą, nie powiem, miło wspominam czas spędzony z tobą w klubowej toalecie, wiedziałaś bowiem co jest grane, nie stawiając najmniejszego oporu. Ty pewnie możesz to samo powiedzieć, skoro po wszystkim dałem ci numer telefonu bez żadnego psioczenia, choć tylko downy zostawiają kontakt przypadkowym panienkom, poznanym na dyskotece.
Przed następnym spotkaniem umyłem głowę i zęby, a nawet prysnąłem sobie adidasem pod pachy, co by za bardzo nie śmierdzieć. Ty zaś, rzygając na mnie swoim najlepszym uśmiechem, powiedziałaś, że wcale nie musiałem tego robić, bo podobam ci się taki jaki jestem, a w ogóle, jako dziewczę raczej wrażliwe, bardziej doceniasz wnętrze. Nie wiem jak długo nad tym tekstem myślałaś, jednak zadziałał on na mnie niczym, że się tak lirycznie wyrażę, młot Cherubina. Każda głupia dupa, może pomylić strzyżenie za dwie dychy z wyczynami mistrza fryzjerstwa, albo noszenie obcisłych ciuchów z muskulaturą. Ale wnętrze? To jeszcze żadna nawet nie zauważyła, że takie w ogóle posiadam. Zrozumiałem wówczas, że to już ten moment, co mi starszy kiedyś opowiadał, że poznaje się w nim laskę, przez którą nie chce się ruchać innych.
Początkowo, faktycznie, było całkiem przyjemnie. Bardzo lubiłem jak naiwnie próbowałaś mi pokazać, że są na świecie inne rozrywki niż nasz miejscowy klub. I chociaż gruba baba, co śpiewała piskliwym głosem, jak moja babcia gdy dostała demencji oraz obrazki, wyglądające niczym wyhaftowane prosto na płótno, kurewsko mnie zanudziły, to kochałem twoje żarty, kiedy opowiadałaś mi, jak ty te idiotyzmy rozumiesz. Nawet gdy płakałaś nad losem głodnych dzieci z Macedonii, wierzyłem, że to bardziej takie świrowanie niż współczucie jakieś kretyńskie. Jest to przecież zrozumiałe, w końcu ten kraj leży gdzieś w pizdę daleko i prawdopodobnie wcale nie istnieje. Długo jeszcze tolerowałem twoje dokarmianie bezpańskich sierściuchów czy wpłacanie na Jurka Owsiaka, ale kiedy powiedziałaś, iż żyć beze mnie nie możesz, to już zupełnie nie było zabawne.
Jestem uzależniona, gadałaś, wąchając moje ubrania, a ja nic nie odpowiadałem, bo cała energia szła na to, by ci przypadkiem nie zajebać. Świetnie to sobie wymyśliłaś! Przez tyle czasu udawałaś inteligentną, że inne dupy zdążyły zapomnieć o moim istnieniu i stałaś się jedyną, z którą mogłem liczyć na seks. Udawałem więc, że nie widzę, jak po każdym numerku obwąchiwałaś mnie, jakbyś co najmniej klej kirała. No i doigrałem się wreszcie! Tak mocno zamknąłem oczy nie chcąc oglądać, tego pojebanego rytuału, że nie zauważyłem kiedy wciągnęłaś mnie do swoich dróg oddechowych.
Od miesięcy już błąkam się po twoim organizmie, jednak wciąż nie przywykłem do tego przeraźliwego smrodu oraz obleśnego wykończenia. Mogłabyś choć raz być w porządku i posprzątać tu trochę, a nie. Wielka matka Teresa! Wojną u jakichś Arabów się przejmuje, a że burdel nieziemski ma w sobie, to udaje że nie wie. W dodatku jak łatwo zwalczyłaś swoje niby uzależnienie ode mnie. Dopiero jak znalazłem sobie miejscówkę do spania w tym gównie, co cały czas rośnie i maleje, to zdałaś sobie sprawę, że wciąż ci siedzę na sercu. Teraz chcesz iść do lekarza, by mnie stąd wyciągnął? A niech sobie wyciąga, ale wiedz, że choćbyś nie wiem jak kręciła tą zgrabną pupcią i jak blisko mi podsunęła cycki pod nos, to z nami koniec. Bo jestem chłopcem raczej wrażliwym, bo dla mnie liczy się wnętrze.
deportant 2010-04-12 17:35:01
skomentuj (0)
Po latach
Nienawidzę tych przypadkowych spotkań po latach. Zdarzają się raz na kilkanaście miesięcy, z reguły tuż po tym jak tylko zapomnimy o sobie nawzajem. Raz ja powiem, że ładnie ci w nowej fryzurze, innym razem ty wypomnisz mi przybranie na wadze. Po krótkiej wymianie uśmiechów, żywimy jeszcze przez chwilę nadzieję, że tym razem skończy się to inaczej, ale ostatecznie zawsze popełniamy ten sam błąd. W chwili gdy powinniśmy pożegnać się bezowocnym "do zobaczenia", któreś z nas wpadnie na pomysł, iż musimy pogadać jak za dawnych czasów.
Kupimy tanie wino i pójdziemy gdzieś między blokowisko, chociaż oboje wolelibyśmy kolację w przytulnej knajpce. Zajmiemy jedną z ławek, na których przesiadywaliśmy od zawsze i jeszcze przez moment nacieszymy się milczeniem. A potem opowiesz, jak wybłagałaś trójkę u profesora na egzaminie, a ja z uznaniem pokiwam głową. Temat oczywiście pociągnę, przytaczając jakąś anegdotę ze swojego życia studenckiego. W ten sposób zaczniemy konwersację, która zupełnie nic nas nie interesuje i nie ma najmniejszego znaczenia. Bo cóż mnie obchodzi, że dostałaś ostatnio mandat za parkowanie, skoro kiedyś zdejmowałem ci majtki. Namiętnie się z tobą kochając, zamykałem oczy, by nie widzieć jak udajesz orgazm. I przy każdym papierosie, zapalonym gdy było po wszystkim, nie mogłem nawet zgadywać, że pewnego dnia znajdziesz mężczyznę swojego życia, dla którego zmienisz kolor włosów oraz przestaniesz się obmacywać po kątach. Ciebie także nie zainteresują moje historyjki. Domyślisz się przecież, iż, od kiedy przytyłem, dziewczyny przestały zwracać na mnie uwagę. Pozwoli ci to zauważyć, z jaką nadzieją spoglądam w twój dekolt, kiedy pozostajesz zupełnie obojętna.
Po jednej butelce opróżnimy też drugą a potem zapalimy skręta, mimo że zioło dawno przestało nas bawić. Powspominamy trochę, jak chodziliśmy naćpani po parku, rozdając przypadkowym przechodniom kwiaty. Ja przypomnę sobie twój beztroski śmiech, a ty moje idiotyczne pomysły. Zgodnie dojdziemy do wniosku, że zachowywaliśmy się wyjątkowo gówniarsko, zanim zdążymy się pocałować. Później pójdziemy do ciebie, strasząc po drodze dzieci na placu zabaw i wyśmiewając dziadka karmiącego gołębie.
Rano zadręczeni sumieniem wymienimy spojrzenia jakby nic się nie stało i powiemy sobie "do zobaczenia". Następnym razem spotkamy się gdy ciebie rzuci facet, a ja będę miał narzeczoną. Tak dzieje się zawsze i w sumie można się przyzwyczaić. Z pewnością żadne z nas nigdy nie zazna szczęścia czy choćby sukcesu, jednak jakoś z tym żyjemy. Tak samo jak żyje się z paleniem papierosów oraz codzienną masturbacją.

deportant 2010-03-21 03:13:33
skomentuj (1)
Smutny ginekolog
Tysiąc pomysłów mi chodzi po głowie,
Gdy skrobię.
deportant 2010-03-01 01:00:46
skomentuj (0)
Sukienka
W prezencie kupiłem ci sukienkę. Ot zwykły ciuch z lumpeksu, nieco za duży i gdzeniegdzie dziurawy. W każdej innej sytuacji wyśmiałabyś mnie bez najmniejszej litości, ale wówczas byłaś całkowicie naga i wszyscy mężczyźni mogli zobaczyć twoje włosy łonowe. Założyłaś więc sukienkę i wyglądałaś w niej zupełnie nieźle, czego nie omieszkałaś sama sobie powiedzieć. Mi zaś szepnęłaś, że bardzo dziękujesz i że już nigdy nie zdejmiesz tego podarku.
W sukience piłaś kawę oraz jadłaś śniadania. Następnie obydwie wychodziłyście do pracy, żegnając się ze mną buziakiem. Po drodze zapewne przyglądał ci się niejeden napaleniec, ale doskonale wiedziałem, iż nie mają oni szans dojrzeć u ciebie zbędnego owłosienia. Wracałyście zazwyczaj grubo po zmroku, akurat gdy kończyłem przygotowywać kolację. Później kładłem się do łóżka, a ty wraz z otulającą cię sukienką brałyście gorący prysznic. Najczęściej zdążałem zasnąć, nim kładłaś się w końcu obok, jednak niekiedy kropelki wody ściekające po tkaninie prosto na moje czoło, zmuszały mnie do otwarcia oczu. Odwracałem się wówczas na drugi bok, zupełnie nie rozumiejąc, jak można spać w ubraniu.
Zegar w pokoju przestał wygrywać melodie, tynk popękał i odpadł od ściany, osiedlowe zarośla zmieniły się w hipermarket, a wierna sukienka nie opuszczała cię ani na krok. Kto wie, jak wiele rzeczy jeszcze by się zepsuło, lub przekształciło w sklepy, gdybym nie zrozumiał mojego problemu. Okazał się nim popęd płciowy, który każdego dnia nabierał rozmiaru. I tylko kwestią czasu było, kiedy to się stanie. Więc gdy w końcu zerwałem z ciebie sukienkę, zrozumiałaś. Pogłaskałaś mnie jeszcze po głowie i zupełnie naga wyszłaś na ulicę.
Widuję cię czasem w telewizji, ale już w zupełnie innej sukience. Znacznie droższej i lepiej na tobie leżącej. Uśmiechasz się do nas pod koniec programu, a my się cieszymy, że jesteś szczęśliwa. Tylko czasem, po którymś kieliszku gorzały stara sukienka przyznaje, że jest nieco zazdrosna.
deportant 2010-02-22 21:25:59
skomentuj (1)
Zmarnowane życie
Masz gumki, zapytała, gdy akurat wsuwałem rękę w jej majtki. Mogłem się tego domyślić. Ona i ta jej pierdolona odpowiedzialność! A skąd ja niby miałem wziąć kondomy w środku nocy? Żeby to jeszcze centrum dużego miasta było, czy coś, ale gdzie tam, zadupie jakich mało. Najbliższa stacja benzynowa - pół dnia piechotą, jedyna apteka czynna cztery godziny dziennie, o ile pani magister akurat nie wyjechała na sympozjum naukowe. Pozostałe sklepy również zamknięte, zresztą i tak nikt nie sprzedawał tam prezerwatyw, gdyż to nie po bożemu. Na nic zdały się tłumaczenia, że wyjdę przed ejakulacją, że szansa na ciążę jest bardzo mała, a w ogóle to lekarze podejrzewają mnie o bezpłodność. Nie ma antykoncepcji - nie ma seksu. Pozwoliła jedynie strzelić się z palca, z ruchanka nici. Cnotka i tyle.
Wcale nie stanowiła mojej drugiej połowy. Nie zamierzała się z nikim wiązać, dopóki jej umysłu nie ogarnie prawdziwa potrzeba miłości. Ja również czułem się z tym dobrze, nie musiałbym się dręczyć wyrzutami sumienia, gdybym znalazł się przypadkiem w łóżku z kimś innym. Co prawda, większość dziewcząt dostawała nudności na samą myśl o mnie, ale wierzyłem, że prędzej czy później jakaś okazja się nadarzy.
Nasze interakcje należało raczej określać jako niecodzienny rodzaj przyjaźni. Oboje cierpieliśmy na samotność i swoją obecnością rekompensowaliśmy sobie brak szans na poznanie ideału. Czasem zabierałem ją do kina, oczywiście na wyjątkowo denne filmy, długo po premierze, żeby przypadkiem ktoś nie zobaczył nas razem. Jej zaś zdarzało się przygotowywać mi kolacje, nie jakieś tam frykasy proponowane przez Francuza z telewizji, ot - pizza z mikrofali bądź jajecznica, wszystko polane ogromną ilością keczupu. Na ogół jednak widywaliśmy się w zupełnie innym celu. Bzykałem ją bez opamiętania w łóżku moich rodziców, jej siostry, a czasami na materacu w piwnicy. Ona udawała, że osiąga orgazm, a ja, że nie przeszkadza mi jej całkowity brak depilacji. I gdyby tylko nie pierdoliła tych swoich głupot, byłby to najdoskonalszy układ na ziemi. Niestety, ciągle coś wychodziło nie tak. A to brak zabezpieczenia, a to "muszę się dziś uczyć", przyjazd rodziny z Ameryki, nawracające migreny, przesilenie wiosenne... piekło.
Na gwiazdkę ukradłem mamie Afobam. Brała go od dłuższego czasu, nie mogąc pogodzić się z faktem, iż wydała na świat nieudacznika. Z okazji świąt zamknięto wcześniej wszystkie okoliczne sklepy, a ja, jak zwykle, miałem się do niej wymknąć pod pretekstem pasterki. Nie chciałem, by po raz kolejny brak gumek zmusił mnie do słuchania wykładów na temat odpowiedzialności. W telewizji natomiast mówili, iż w przypadku przedawkowania leku mojej rodzicielki, dana osoba zupełnie traci świadomość i można z nią zrobić absolutnie wszystko. Rozdrobniłem kilkanaście tabletek w drobny mak, po czym, barmańskim ruchem, wymieszałem proszek z coca-colą. Doskonale wiedziałem, że nie odmówi szklaneczki, gdyż od bąbelków była niemal uzależniona. Rozkoszując się smakiem, nie szczędziła uwag na temat szkodliwości napojów gazowanych, ale stanowiło to naprawdę niewielką cenę w zamian za nadchodzące rżnięcie.
Święty Mikołaj wynagrodził mi przebiegłość wyjątkowo satysfakcjonującym seksem. Trwało to o wiele dłużej niż zazwyczaj, a w dodatku tym razem naprawdę przeżyła orgazm. Po wszystkim czule ją pocałowałem, zdając sobie sprawę, że ten typ wyrażania uczuć jest o wiele mniej obrzydliwy, niż dotychczas mi się wydawało.
Nazajutrz obudziło mnie podejrzane swędzenie w okolicach intymnych. Z przerażeniem pobiegłem do łazienki, jednakże wielokrotne mycie nie przyniosło najmniejszej ulgi. Do kurwy nędzy - myślałem - czyżby mity na temat chorób wenerycznych okazały się prawdziwe? Pierwszy raz w życiu odczułem stres. Wyjątkowo nieprzyjemne doświadczenie, człowiek po prostu nie jest w stanie podjąć jakiejkolwiek sensownej czynności i nawet oglądanie pornosów nie pozwoliło mi zapomnieć o ciągłym świądzie. A przecież wcale nie zamierzałem iść do lekarza, jak mógłbym niby pozwolić, żeby mojego penisa dotykał jakiś obcy facet? Objawy wkrótce ustały, ale stężenie adrenaliny w układzie krwionośnym nie zmalało na moment. Nagle okazało się, że mam ogromną ilość problemów, z których wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Myśl o tym, co pocznę, jeśli ona zajdzie w ciążę, towarzyszyła mi dwadzieścia cztery godziny na dobę. W dodatku groźba odcięcia mnie od matczynych finansów stawała się coraz bardziej realna, a w telewizji wciąż powtarzali, iż nadchodzi kryzys.
Dwukrotnie powtórzony test oraz rychłe nadejście miesiączki wyeliminowały ewentualność zapłodnienia. Ku własnemu zdziwnieniu, odczułem pewien smutek, odkrywając, że nie będę miał małego obsrańca, którego należy otoczać ojcowską opieką. Przygnębienie zresztą stało się w moim życiu czymś zupełnie codziennym. Każdego dnia z melancholią wysłuchiwałem informacji o chorobach, głodzie i innych tragediach ludzkości, wobec których czułem się całkowicie bezsilny. I tylko ona potrafiła poprawić mi humor. Od kiedy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, okazało się, że jest naprawdę niesamowita. Z czasem to już w ogóle przestała przypominać mi zabawkę do seksu, odkrywając przede mną coraz wspanialsze elementy własnej osobowości. To właśnie dzięki niej nauczyłem się funkcjonować w tym okrutnym świecie i zrozumiałem, w jak straszną sytuację wpędził mnie dotychczasowy tryb życia. Nasze relacje kwitły w błyskawicznym tempie, a przyzwyczajenie się do zwrotu "moja dziewczyna", a później "moja żona", nie okazało się aż takie trudne.
Za jej namową poszedłem na medycynę. Dostałem się bez problemu, gdyż przykładanie się do nauki stanowiło doskonałą rozrywkę. Studia skończyłem w cztery lata, a po następnych dwóch przed moim nazwiskiem pojawił się tytuł doktora. Wreszcie uniezależniłem się od matki. Znalazłem pracę w renomowanej klinice ginekologicznej, gdzie miałem doskonałe warunki do ciągłego rozwoju własnej osoby. Cieszyłem się wieloma cenionymi publikacjami, gdy w końcu udało mi się objąć obowiązki szefa katedry. Współpracownicy nie wyrażali najmniejszych wątpliwości, iż pasuję na to stanowisko jak nikt inny, a studenci szybko polubili mój sposób prowadzenia wykładów. To było cudowne! Za każdym razem, gdy udało mi się uratować życie którejś pacjentce, czułem, że wreszcie mogę stawiać czoła złośliwościom losu. Że nikt nie może mnie nazwać kolejnym bezradnym nieudacznikiem.
W moje pięćdziesiąte urodziny zakończyłem najpoważniejszy projekt badawczy, jakiego kiedykolwiek się podjąłem. Wyniki wstrząsnęły całym światem medycyny. Oto ja, wraz ze współpracownikami, ustanowiłem nową jednostkę chorobową - odpowiedzialność przenoszoną drogą płciową. Wywoływał ją szczep wirusów odpowiedzialności, które wyizolowano również z mojego organizmu. Mikroby wykazywały przerażająco skomplikowaną budowę i opracowanie leku, miało zająć kilkadziesiąt lat albo i więcej. Cóż za ironia losu. Gdyby nie te małe skurwysynki, nie musiałbym teraz popierdalać w debilnym fartuchu, zasypiać koło najbrzydszej kobiety na świecie i niańczyć jebanych żaków! Jak mogłem być taki nieodpowiedzialny? Jak mogłem nie założyć prezerwatywy? Jak mogłem tak zmarnować sobie życie?

deportant 2010-01-30 18:14:24
skomentuj (1)
Przypadkowa świętość
Niby co ja jej miałem powiedzieć? Blisko siedem lat od rozstania, co najmniej kilkanaście miesięcy bez znaku życia, a oni tak po prostu kazali mi ją odwiedzić i zlikwidować. Biznes to biznes, powtarzał główny zarządca, nie chcąc słuchać o przydzieleniu do tej sprawy innego kata. Na własną rękę również próżno by szukać. Większość współpracowników dzieliła z nią łóżko częściej niż ja, a takiego, który by chociaż nie pomacał, nie poznałem.
Umarłem półtora roku temu. Jakiś idiota zignorował czerwone światło, wywlekając moje wnętrzności na całe skrzyżowanie. Doskonale pamiętam tę tłustą facjatę najwyższego prokuratora. Aż trudno opisać podniecenie, jakie musiał przeżywać w momencie, gdy wymieniał zarzuty, dodając po każdym jak marnie przyjdzie mi skończyć. Podobne kłopoty sprawiłoby zresztą oddanie ulgi, którą poczułem, gdy w końcu zapadł wyrok. Znudzony Bóg w niemodnym garniturze syknął zbawiennie "czyściec", po czym uderzył młotkiem o blat i powiedział coś o przerwie na papierosa. Dyrektor, po krótkiej rozmowie, skierował mnie do pracy przy woskowaniu anielskich skrzydeł. Przez jakieś pół roku udało mi się zachować tamtą posadę, aż wreszcie ktoś się połapał, że czerpię z tego całkiem przyjemną rozrywkę i tak oto wylądowałem u katów.
Największe szczęście, z którym spotkałem się w życiu pozagrobowym, stanowiło wycofanie obowiązku noszenia tradycyjnych strojów. Owszem czarny płaszcz i maska szkieletora, budziły zapewne w średniowieczu jakiś tam respekt. Jednakże w czasach współczesnych powodowało to wyłącznie wstyd i ośmieszenie. A tak to stałem w najzwyczajniejszym swetrze, na środku szpitalnego korytarza i nikt nawet się nie domyślał, że przybyłem by wyssać duszę z czyjegoś ciała. Zanim przekroczyłem próg sali chorych, zajrzałem po raz wtóry w akta mojej ofiary, chcąc zyskać nieco na czasie. Nie wyglądało to najlepiej. Narcyzm, lekkomyślność i trzykrotnie podkreślone cudzołóstwo niemal całkowicie odwracały uwagę od jakichś niedorzecznych notatek anioła stróża w dziale "zasługi". Piekło zdawało już się szykować do przyjęcia nowej potępionej.
Chemioterapia odebrała jej włosy oraz płodność, ale mimo najsilniejszych starań nie ukradła urody. Uśmiech, który niezmiennie spoczywał na jej twarzy, nawet wówczas wzbudzał u mężczyzn żądze seksualne. Prawdopodobnie właśnie dlatego lekarze przez pół roku bezskutecznie szukali komórek nowotworowych w piersiach oraz macicy, mimo iż wszystko od początku wskazywało na mózg. Gdy wreszcie zajął się nią homoseksualista, było już wiadomo, że wkrótce ją odwiedzę. Przygotowując duszoodsysarkę do pracy, zauważyłem chaotyczny ruch gałek ocznych, ukrytych za powiekami mojej byłej narzeczonej. "To dobrze" - myślałem, "może nie zda sobie sprawy z wyczekującego jej piekła, wierząc, że to jedynie kontynuacja snu". Pech, jak zwykle, zmusił mnie, bym wszystko spieprzył i to akurat, gdy już prawie dokonałem nakłucia w rdzeń duszy. Ni stąd ni zowąd zadzwonił mój telefon. Tyle razy mówiono na szkoleniach by wyciszać komórkę przed zabiegiem, ale ja zawsze musiałem wiedzieć swoje. Liczyłem jeszcze przez moment, że mnie nie pozna. Że pomyśli, iż jestem jakimś pielęgniarzem czy coś. Na marne.
Tego dnia siedziałem u niej do późnego wieczora. Przytulała mnie bez opamiętania, dziękując za wizytę. Okazałem się jedyną osobą spoza rodziny, która nie bała się spojrzeć na ten uśmiech przed jego zgaśnięciem. Rozmawiało nam się tak doskonale, jak nigdy wcześniej, a prawdziwy powód moich odwiedzin, zupełnie wyleciał mi z głowy. Z czasem zapomniałem zresztą, że ja sam nie żyję i już chciałem zapytać czy wróci do mnie, jak choroba przeminie. Wtedy rzeczywistość wylała mi wiadro zimnej wody prosto na głowę. Zdając sobie sprawę z ogromnej ilości przepisów, które już złamałem wdając się w dyskusje z ofiarą, sięgnąłem ponownie po swoje narzędzie pracy. "Cholerny uśmiech! Cholerny, pierdolony uśmiech!" - wrzasnąłem do siebie w duchu, po czym zabezpieczyłem sprzęt i bez słowa wybiegłem z sali. W akcie desperacji wpisałem fikcyjną godzinę pobrania duszy i jak gdyby nic się nie stało, złożyłem raport na biurko głównego zarządcy. Następnego dnia lekarze w zdumieniu odczytywali wyjątkowo optymistyczne wyniki rutynowych badań, a w ciągu dwóch tygodni choroba ustąpiła całkowicie.
Z roku na rok coraz bardziej wierzyłem w administracyjną nieudolność zaświatów. Mój przekręt pozostawał utajony, i wystarczyło mi pobrać jeszcze tylko tysiąc dusz, by w końcu przenieść się do nieba. Właśnie tak pewnie by się stało, gdyby nie własna głupota. Zwiedziony kolejnymi sukcesami, postanowiłem złożyć wniosek o wcześniejsze zwolnienie z czyśćca. Nietrudno się domyśleć, że specjalnie powołana w celu ocenienia mojej osoby komisja błyskawicznie odnalazła raportową nieprawidłowość. Wszelkie matactwa dokonywane przez pokutujących odbierano jako najgorszy występek przeciwko Bogu i tylko dzięki katorżniczej pracy anioła stróża uniknąłem piekła. Prokurator zastrzegł jednak, że zmieni decyzję, jeśli w ciągu dwudziestu czterech godzin nie naprawię swojego grzechu.
Ona, na skutek cudownego ozdrowienia, zaznała całkowitej odnowy moralnej. Założyła fundację wspierającą rozwój onkologii, która sfinansowała leczenie bardzo wielu potrzebujących. Ponadto wyszła w końcu za mąż, zaadoptowała trójkę dzieci i stała się szanowaną obywatelką. "Takich akt nie powstydziłby się nawet Mojżesz" - rozmyślałem, wchodząc do jej mieszkania. Zastałem ją w kuchni, gdy akurat parzyła herbatę. Starając się nie powtórzyć ostatniego błędu, uniknąłem dyskusji, wyciągając duszoodsysarkę błyskawicznie po wyjaśnieniu powodu moich odwiedzin. Stanęła jak wryta. Jak to możliwe, przecież jestem już zdrowa! - wrzeszczała, a ja gryząc się w język dokonałem nakłucia. Usłyszałem jeszcze, że mnie nienawidzi, gdy dusza powoli przepływała do urządzenia. Ciało bezwładnie opadło na podłogę - robota została wykonana.
Jak można było przewidywać, bez najmniejszego problemu trafiła prosto do nieba. Po otrząśnięciu się z pośmiertnego szoku, postanowiła kontynuować działalność charytatywną. Początkowo jedynie na drodze wstawiennictwa, ale błyskawicznie zyskała prawo do wykonywania cudów. Na ziemi ją kanonizowano, a w raju zyskiwała coraz wyższe pozycje. Po niecałym tysiącleciu, już prawie nikt nie pamiętał o Jezusie Chrystusie, natomiast wszyscy doskonale znali historię córki Wszechmogącego. Z przerażeniem wysłuchiwałem kolejnych doniesień na jej temat, będąc przykutym łańcuchami do jednej z piekielnych maszyn tortur. A tak, znalazłem się tam na jej prośbę, która to miała być zemstą, za to, że wyssałem z niej duszę. W sumie to nie jest tu tak najgorzej i do cierpienia już dawno przywykłem. Nie mogę się tylko pogodzić z faktem, iż tuż obok mnie stoi kołyska Judasza, przygotowana specjalnie dla niej, jak jeszcze leżała w szpitalu. Gdyby tylko ktoś ją tam usadził, znalazłaby się tak blisko mnie, że mógłbym ją złapać za rękę.

deportant 2010-01-09 22:41:06
skomentuj (1)
Wróżka
Dolna trójka nie pozwoliła mi zasnąć przez całą noc. Jakby w proteście przed nadchodzącym zabiegiem, chciała zagnieździć się siłą w mojej żuchwie, wielokrotnie potęgując i tak już nieznośny ból. Dentystka orzekła, że na tym etapie demineralizacji, usunięcie zęba jest jedynym sensownym rozwiązaniem. Nie mając pojęcia w jakie katusze wpędziła mnie swoją brutalną diagnozą, rozpisała najbliższy możliwy termin, po czym zainkasowała zaliczkę życząc miłego dnia. To była moja pierwsza wizyta u stomatologa odkąd pamiętam. I to wcale nie dlatego, że dotąd uznawano mnie za okaz zdrowia. Po prostu strach przed badaniem ugiął się pod efektem działania drobnoustrojów dopiero po wielu latach.
Odwagą nigdy się nie odznaczałem. Już w podstawówce wystarczyło wspomnieć o czarnej Wołdze, której kierowcy porywają dzieci po zmroku i przez cały miesiąc stawałem się wyjątkowo punktualny. A z czasem zupełnie nic się nie zmieniało. Z tchórzostwa kontynuowałem naukę na kierunku, który wybrali moi rodzice i ta sama przyczyna sprawiła, że udało mi się go ukończyć. Szczerze mówiąc, to myślę, iż gdyby nie ten przeklęty element charakteru, to z całym powodzeniem mógłbym określać się jako człowiek sukcesu. Niestety. Wszystkie nieszczęścia jakie napotkałem w trakcie mojego życia, niezmiennie wynikały z zupełnego braku kurażu.
Zapach środków dezynfekcyjnych niemiłosiernie zakręcił się w moich nozdrzach. Już miałem uciec, gdy nieznoszący sprzeciwu ton głosu pani doktor momentalnie powalił mnie na fotel. Do zabiegu przygotowywała się skrupulatnie, niczym kat przed egzekucją. Delikatnym ruchem naciągnęła białe rękawice, po czym zapaliła oślepiające światło. Zdążyła jeszcze przyjrzeć się ubytkowi oraz zaaplikować nieco lidokainy, zanim wyciągnęła narzędzie zbrodni. Olbrzymie szczypce z rozkoszą przytuliły się do zęba i wskutek gwałtownego szarpnięcia wprowadziły mnie prosto do piekła. Ból wycisnął ze mnie wodospad łez, dając do zrozumienia, że mogę nie przetrwać zadawanej mi tortury, a ten sukinsyn nadal siedział beztrosko w mojej szczęce. Efektem kolejnych bezowocnych prób była obietnica regularnego chodzenia do kościoła. Ciężko powiedzieć, jak długo kobieta walczyła z felernym siekaczem. Kiedy znalazł się w mojej kieszeni, zapadł już zmrok. Wychodząc z gabinetu, nie potrafiłem wydusić z siebie ani jednego słowa. Jakimś cudem dotarłem do domu i bez podejmowania zbędnych czynności, położyłem się spać.
Uciekałem właśnie przed ogromnym wiertłem stomatologicznym, gdy delikatne wstrząśnięcie wyrwało mnie z objęć Morfeusza. Oburzona Zębowa Wróżka stwierdziła, że taka bezczelność, spotkała ją pierwszy raz w całej karierze.
- Przecież to nawet dzieci wiedzą, że pod poduszkę się wkłada! - Pouczała mnie, nie szczędząc wyjątkowo poruszającej gestykulacji. - Co ja mam cię przez kieszenie obmacywać?
I stanęła nad łóżkiem, dając wykład o etyce zawodowej istot magicznych oraz o misji swojego rzemiosła. Niespecjalnie zwracałem uwagę na słowa, którymi mnie częstowała. Wszak po raz pierwszy kobieta widziała mnie w łóżku. I to nie jakaś pierwsza-lepsza z dyskoteki, a najcudowniejszy okaz urody, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi. Zahipnotyzowany ruchem jej dłoni i ust, nawet nie zauważyłem kiedy położyłem zęba na biurku. Wyjaśniła mi jeszcze, iż tylko dzieci dostają od wróżek monety, a dorośli, jakby w nagrodę, za zachowanie wiary, zostają obdarowani tym, czego najbardziej potrzebują. Zmierzyła mnie od góry do dołu zimnym wzrokiem, wyciągnęła z torebki różdżkę i na wskutek jednego dotknięcia, na moim biurku pojawiła się przepiękna blondynka z wyjątkowo dużym biustem. Czarodziejka puściła mi oko, po czym wskoczyła na miotłę, by wylecieć przez okno z pokoju.
Justyna, bo takie imię nosiła moja pamiątka po wizycie u dentysty, nie wyobrażała sobie życia beze mnie. Nie potrafiąc oderwać jej dłoni od własnej, zabierałem ją ze sobą nawet do pracy i wszyscy zazdrościli mi tak wyjątkowo obdarzonej dziewczyny. Przynajmniej dopóki czegoś nie powiedziała. Widocznie moje pragnienia tamtej nocy skupiały się wokół fizyczności płci przeciwnej, gdyż nowa współlokatorka zdecydowanie nie należała do najmądrzejszych istot na świecie. Owszem, nie przeszkadzało mi to z początku, kiedy przez pierwsze tygodnie niemalże wcale nie opuszczaliśmy łózka. "Może to nawet lepiej" - myślałem widząc, że nie zauważa, jak ją wykorzystuję. Na dłuższą metę jednak sytuacja stawała się coraz bardziej analogiczna do nałogowego pożerania słodyczy. Przy którymś kolejnym razie zamiast przyjemności odczuwałem jedynie bóle brzucha i ubytki na zdrowiu. Z biegiem czasu doprowadziło to do utraty kolejnego zęba, przy którym zażyczyłem sobie osoby mogącej obdarzyć mnie uczuciem bezpieczeństwa.
Ania, bokserka, nie pozwalała się do mnie zbliżyć nikomu na odległość większą niż kilka kroków. Zupełnie bez ostrzeżenia rzucała się na przypadkowych przechodniów z pięściami. Nawet ja sam nie mogłem się skrzywdzić. Za każdym razem, gdy wyciągałem paczkę papierosów, na mojej twarzy lądowało kilkanaście sierpowych. Któryś z nich prędzej czy później musiał spowodować pojawienie się następnej kobiety.

Z każdym pożegnaniem kolejnych elementów mojego uzębienia, w domu pojawiała się nowa mieszkanka. Miałem już trzydzieści jeden kobiet i całe osiedle piało z zazdrości na mój widok. Trudno przecenić wpływ jaki wywarły na moją osobowość tak różne charaktery, z którymi codziennie mijałem się w korytarzu. Psycholożka nauczyła mnie odwagi, dzięki czemu po tylu latach pracy w końcu udało mi się awansować. Stylistka za sprawą niewyobrażalnej ilości środków sprawiła, że wyglądałem naprawdę doskonale, a poetka uświadomiło mi w końcu kogo naprawdę kocham. Po zakupieniu bukietu czerwonych róż, oraz odpowiedniemu przygotowaniu się na rozmowę z moją doradczynią zawodową, nie dopuszczałem do siebie myśli, że cokolwiek może pójść nie tak. Zupełnie bez strachu poprosiłem osobistą dentystkę, by wyrwała mi ostatniego trzonowca.
Z pewną dozą niepokoju oczekiwałem na najcudowniejszą osobę, jaką było dane mi spotkać. Z niecierpliwości kręciłem się po całym mieszkaniu, raz po raz połykając miętówkę i poprawiając swoją fryzurę. Zjawiła się, jak zwykle, punktualnie i zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, wcisnąłem kwiaty w jej rękę. W zdziwieniu otworzyła usta, ale delikatnie przykryłem je ręką i klęknąłem tuż przed jej obliczem. Z pamięci recytowałem przygotowaną wcześniej mowę, tak wielokrotnie poprawianą by zrobić wrażenie, na obiekcie mojej miłości.
- Jesteś jedyną osobą, przy której czuję się ważny - szeptałem spoglądając jej w oczy. - To właśnie dla ciebie chce mi się żyć i nie wyobrażam sobie przyszłości u boku kogoś innego. Nie wracaj dzisiaj do domu, nie wracaj nigdy, zostań tu ze mną na zawsze. Kocham cię. Kocham cię moja czarodziejko.
Wróżka spojrzała na mnie z politowaniem, po czym delikatnie się odsunęła. Rzuciła tylko, że w życiu nie związała by się z facetem, który nie ma ani jednego zęba po czym błyskawicznie odleciała przez okno. Zostawiła po sobie jedynie sztuczną szczękę, którą znalazłem pod poduszką.

deportant 2009-12-29 04:25:54
skomentuj (1)
Wybuch gazu
Minionego weekendu odnotowano najbardziej tragiczny wybuch metanu w historii nowoczesnego górnictwa. Usypane ściany podziemnych korytarzy nie miały żadnych szans w konfrontacji z wysoką temperaturą oraz falą uderzeniową. Pod gruzami zginęło kilkunastu robotników, a ratownicy żywili nadzieje, że uda im się wydobyć ostatnie zwłoki w przeciągu miesiąca.
Prezydent stojąc na przeciwko tłumnie zebranych związkowców otarł łzę i ogłosił minutę ciszy. Jednak nawet ten krótki odcinek czasu, nie był w stanie uspokoić spekulantów. Gromada samozwańczych ekspertów, rozintelektualizowanych polityków oraz wścibskich dziennikarzy błyskawicznie wywęszyła możliwość ponownej autopromocji. Odziani w czarne garnitury, obrzucali się wzajemnymi oskarżeniami w studiach telewizyjnych, które z uwagi na żałobę i tak nie mogły puszczać żadnych ciekawych programów.
Po kilku tygodniach tego całego cyrku, mało kto potrafił wymienić nazwisko chociażby jednej ofiary. Wszyscy natomiast świetnie zdawali sobie sprawę, że już rok wcześniej stężenie gazów palnych w kopalni przekraczało wszelkie granice normy. Kapitaliści narażali zdrowie pracowników, a "Gazeta Wyborcza", jak zwykle podburzała do buntu i zaniedbywania obowiązków. Żydzi wyjątkowo cieszyli się czystymi dłońmi. Dosyć przekonująco brzmiały zapewnienia, że w trakcie tragedii przebywali akurat w Izraelu. Jednak pytanie po co właściwie tam pojechali i dlaczego właśnie w takim momencie, długo jeszcze krążyło na salonach.
Bezowocne polemiki mogłyby zapewne ciągnąć się w nieskończoność, gdyby nie to, że zarabiały coraz mniejsze pieniądze. Obywatele najwidoczniej przestali łączyć się w bólu z rodzinami zmarłych i wrócili do swoich codziennych czynności. Sfrustrowani przedstawiciele mediów informacyjnych zgłosili w parlamencie projekt ustawy nakazujący wybuchanie metanu w kopalni co najmniej raz na pół roku. Wysokiej Izbie pomysł się spodobał, ale prezydent zapowiedział weto, ze względu na możliwość ocieplenia klimatu.

Tymczasem w świecie chemii organicznej panowały równie niewesołe nastroje. Ludzie po raz kolejny postanowili urządzić holokaust. Miliardy niewinnych cząsteczek spłonęło żywcem, a ich zwłoki w postaci dwutlenku węgla rozprzestrzeniły się w całej atmosferze. Wszelkie atomy, związki chemiczne i mieszaniny, pogrążyły się w smutku i nie dawały rady myśleć o czymkolwiek innym. Przemysł, jak zwykle, nie zainteresował się uczuciami materii, więc nawet najbardziej szacowni inżynierzy świata nie potrafili zrozumieć dlaczego reaktory przestały działać, antybiotyki nie zabijały drobnoustrojów, a papierosy nie wywoływały raka.
Trudno się dziwić. Człowiek generalnie niewiele rozumie i przez myśl mu nie przjedzie jak wielkie kataklizmy mogą się ukrywać, pod tym co zawsze uważał za codzienność. Wszakże każdego dnia z zimną krwią morduje ogromne ilości subtancji, nawet tego nie zauważając. Tylko czasem cmentarzysko cząsteczek zmusi kogoś do narzekania na upał, lub subtelnego kaszlnięcia.
             
deportant 2009-12-17 19:11:55
skomentuj (0)
Wszystko w swoim czasie
Zaczęło się od tego, że zapaliłem papierosa. Jasne, wielokrotnie słyszałem o przerażających skutkach nikotynizmu, ale nigdy nie robiło to na mnie specjalnego wrażenia. Mówiąc szczerze, byłem przekonany, iż wszelkie doniesienia na ten temat, to wymyślane przez dorosłych bajki, stworzone by dzieci nie mogły zasmakować przyjemności. Pech zmusił mamę by przekroczyła próg mojego pokoju, akurat w tym felernym momencie. Bez słowa uderzyła mnie w policzek i zabrała paczkę fajek, na którą wydałem całe kieszonkowe. Zdążyła jeszcze rzucić typowe dla siebie "poczekaj tylko, aż ojciec wróci z pracy", zanim udała się do kuchni gdzie odpalając jednego od drugiego, obdzwoniła wszystkie koleżanki by ponarzekać na syna.
Tatę najwyraźniej porządnie zmęczyli w robocie, gdyż nie chciało mu się nawet mnie zlać. Powiedział tylko, że jestem przecież nastolatkiem i to już jest taki wiek, kiedy młodzież próbuje różnych zakazanych owoców. Rodzicielki to raczej nie przekonało, jednakże została wychowana zgodnie z tradycyjnym modelem rodziny, więc bardziej liczyła się ze zdaniem mężczyzny niż własnym. Pogodzona z porażką kupiła mi antyperspirant, używał go bowiem każdy nastolatek z telewizji.
Następnego dnia w szkole, wychowawczyni urządziła nam lekcje na temat negatywnych efektów zażywania używek. Odbyła się ona w standardowy sposób i tylko Bolo prowadził notatki. Po dzwonku obwieścił, że musimy zajrzeć do którejś z osiedlowych dyskotek, gdyż zgodnie ze słowami nauczycielki, właśnie w takich miejscach bezkarnie sprzedaje się młodzieży alkohol i narkotyki. Na przerwie wraz z chłopakami bawiliśmy się moim antyperspirantem. Rozpylając go w płomień zapalniczki otrzymywaliśmy prawdziwe miotacze ognia. Na wskutek jednego z tych eksperymentów, przypadkowo podpaliliśmy włosy rudej Malwinie. Błyskawicznie zajęło się jej całe ubranie, przez co  spanikowana zaczęła biegać po korytarzu w tę i spowrotem niczym żywa pochodnia. Dopiero po kilku minutach pan od wf-u przykrył ją kocem gaśniczym. Na pogotowiu stwierdzono poparzenia trzeciego stopnia, oraz nieodwracalne zmiany na skórze.
Sprawa jakimś sposobem przedostała się do mediów i staliśmy się sławni. Co prawda odpowiadanie na nużące pytania policjantów dostarczyło wiele stresu, jednakże nie narzekaliśmy. Dziewczyny ze szkoły wreszcie zaczęły zwracać na nas uwagę, a młodsi koledzy nierzadko prosili o autograf. Nic dziwnego, nie było przecież dnia, w którym nie pokazywali nas w jakieś telewizji. Najbardziej z tego wszystkiego cieszył się jednak nasz szkolny psycholog. Wreszcie natrafiła się mu okazja do zaistnienia w świecie naukowców. Razem z jakimiś tam doktorami i profesorami powołał grupę pracującą nad naszym problemem. Podobno wysnuli oni nawet kilka teorii, które mogły zrewolucjonizować współczesne modele wychowawcze, ale mówiąc szczerzę, to zupełnie nic nas to nie interesowało. Zresztą mieliśmy już wówczas o wiele poważniejsze problemy. Okazało się, że to co mówią o osiedlowych dyskotekach to mit i pomimo usilnych starań nie udało nam się kupić ani alkoholu ani narkotyków.
Po kilku tygodniach prokuratura umorzyła śledztwo. Opierając się na wielu starannie poprowadzonych eksperymentach, uznali, że jesteśmy tylko nastolatkami i mamy całkowite prawo do popełniania błędów. Najprawdopodobniej to właśnie wtedy zrozumieliśmy, jak wielka potęga kryła się za naszym wiekiem. Początkowo korzystaliśmy z niej rzadko, na przykład gdy któryś się spóźnił do szkoly lub nie przygotował się na klasówkę. W miarę upływu czasu okazywało się to coraz bardziej wciągające i niejednokrotnie złapani na gorącym uczynku zawsze chroniliśmy się doskonałą wymówką. "Młodzież przecież musi się wyszaleć" - klepali nas po plecach mundurowi po obejrzeniu legitymacji. Więc szaleliśmy. Bolo błyskawicznie stał się najgroźniejszym gwałcicielem w naszym mieście, Jarecki przejął kontrolę nad handlem narkotykami, a ja raczej starałem się nie przesadzać. Tylko od czasu do czasu kogoś zabiłem, by nie stracić wprawy.

Zbliżający się rok dwa tysiące trzynasty napawał nas przerażeniem. Właśnie w nim przychodziło kończyć nam dwudziestkę i raz na zawsze wyjść z wieku nastoletniego. Myślałem, że należy się pogodzić z naturalną koleją rzeczy. Że po prostu przestaniemy się wygłupiać i zaczniemy prowadzić sprawiedliwe życie bez awantur. Moi przyjaciele wpadli jednak na zdecydowanie lepszy pomysł. Aby nie dopuścić do najścia gorszych czasów, stwierdzili, że zorganizujemy koniec świata.
Wyniesienie nuklearnych ładunków z magazynów wojska nie sprawiło żadnego problemu. Owszem strażnicy czepiali się, jak wszyscy dorośli, jednak wystarczyło powiedzieć to, co zwykle, by dali nam spokój. A nawet jeszcze obdarowali nas ciężarówką, gdyż bomby atomowe ważyły o wiele więcej niż przypuszczaliśmy. Po rozlokowaniu sprzętu we wcześniej umówionych punktach całego świata, spotkaliśmy się w domu u Bola poraz ostatni. Długo kłóciliśmy się, kto wciśnie czerwony przycisk. Ja osobiście uważałem, że najsprawiedlwszym wyjściem byłoby gdybyśmy zrobili to synchronicznie.  W końcu jednak za argumentem pięści przychyliliśmy się do opini Jareckiego, mówiącej iż to właśnie on dokona ostatecznej destrukcji. Trudno powiedzieć co nastąpiło po tym wydarzeniu. Pamiętam tylko, że najpierw  usłyszałem wybuch, następnie chaotyczny krzyk dochodzący zza okna, a potem już tylko dzwonienie w uszach, które towarzyszyło przeszywającej mnie fali gorąca.
Czułem się trochę nie swojo w momencie gdy, kierując się na sąd ostateczny zobaczyłem poturbowaną kobietę błagajacą o litość. Zawsze uważałem się za ateistę w związku z czym wizja nadchodzącego procesu nie przynosiła mi zbyt optymistycznych myśli. Brutalny ruch diabła wepchnął mnie na salę, gdzie zasiadłem obok swoich najlepszych przyjaciół. Po serii przesłuchań i kilku opiniach biegłych, Bóg stwierdził, że jesteśmy tylko nastolatkami, w związku z czym mamy prawo popełniać błędy i skierował nas do nieba.
deportant 2009-12-06 18:23:35
skomentuj (1)
Uśmiech
Sama nie wiem, co mnie podkusiło, by się na to zgodzić. Moja twarz nigdy nie należała do najbardziej widowiskowych, w dodatku zupełnie nie potrafiłam się uśmiechać. Mogłam przeżywać najprzyjemniejsze chwile w życiu, a wszyscy w około byli święcie przekonani, że dręczyła mnie rozpacz. Jeśli przypadkiem straciłam kontrolę i, z jakiegoś powodu, zdradzałam grymas zadowolenia, każdy, kto go zobaczył, wybuchał śmiechem. Wyglądało to, co najmniej, jakbym cierpiała na upośledzenie umysłowe i wygrała jedną z tych gier, które stosuje się w terapii chorych dzieci.
On pozostawał głuchy na moje argumenty i zapewniał, że wszystko wyjdzie doskonale. Owszem, wierzyłam w jego zdolności malarskie, ale miał przecież miliony ciekawszych kobiet, które mógł sportretować. Nie rozumiałam więc dlaczego tak bardzo uparł się na mnie, iż nawet nie chciał słyszeć o innej modelce. Ostatecznie musiałam jakoś spłacić ten dług wdzięczności, który u niego zaciągałam, za każdym razem gdy z anielską cierpliwością tłumaczył mi skomplikowane zjawiska fizyczne.
Tamtego dnia panował przerażający upał, toteż specjalnie mnie nie zdziwiło, gdy zapytał czy może zdjąć koszulkę. Co prawda, nasza znajomość sięgała jeszcze czasów dzieciństwa, w związku z czym nie odczuwaliśmy względem siebie wstydu, jednakże miałam pewien żal. Podczas gdy ja zostałam zmuszona, by siedzieć kilka godzin w babcinej sukience, która podobno świetnie podkreślała rysy mojej twarzy, on chciał paradować z nagim torsem. Jak zwykle zignorował moje protesty i po przygotowaniu niezbędnych narzędzi, bezpardonowo pozbył się górnej części garderoby. Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo grzeszył budową swego ciała. Widziałam już wielu mężczyzn, ale żaden nie dorastał mu nawet do pięt. Tak o to stanął przede mną ożywiony Zeus Olimpijski Fidiasza, który w dodatku chciał mnie namalować.
Zupełnie nie rozumiem co się ze mną działo. Robiłam przecież wszystko, by zachować samokontrolę. Liczyłam chmury na niebie, myślałam o chorej matce, której trzeba pomóc, kontemplowałam nauki matematyczne profesora. Nie przyniosło to najmniejszych rezultatów. Na widok jego pracujących bicepsów nawet liczba pi wzbudzała erotyczne skojarzenia. Jak to dobrze, że siostry nauczyły mnie robić to tak, by nikt nie zauważył. Dotykałam się delikatnie, kiedy on z równą subtelnością nanosił farbę na płótno. Za każdym razem, gdy zamaszystym ruchem pędzla podkreślał kontury, przechodził przeze mnie gwałtowny dreszcz podniecenia. Jeśli coś mu nie wychodziło i klął pod nosem, moja rozkosz również się oddalała. To było doprawdy niesamowite. Przeżywałam najwspanialsze zbliżenie mojego życia, pod batutą przyjaciela tworzącego najlepsze dzieło w swojej karierze. Między naszymi odczuciami panowała idealna synchronizacja prowadząca do obopólnego sukcesu.
Skończyliśmy w tym samym momencie, wydając podobne odgłosy satysfakcji. Rzucił pędzel na ziemie i bezsilnie usiadł tuż obok mnie. Z pewnym trudem udało mu się jeszcze wyciągnąć posrebrzaną papierośnicę z kieszeni i podzielić się ze mną jej zawartością. Tytoń smakował tak cudownie, że nie chcieliśmy tracić czasu na rozmowy. W milczeniu zaglądaliśmy sobie głęboko w oczy posyłając wzajemne uśmiechy wdzięczności. Nigdy wcześniej nie przeżywałam takiego szczęścia.
Dopiero gdy zaczęło się ściemniać, wypoczęliśmy na tyle, by mógł pokazać mi portret. Sukinsyn wykorzystał moment, gdy pomimo usilnych prób nie potrafiłam zapanować nad wciskającym się na moją twarz uśmiechem. W efekcie, zrobiłam jeszcze głupszą minę niż zazwyczaj. Nie chciał nawet słuchać o zachowaniu tego obrazu dla siebie czy nanoszeniu jakichkolwiek poprawek. Na nic się nie zdał płacz oraz groźby. Mój idiotyczny wyraz twarzy miał być kluczem dla jego kariery artystycznej. W akcie nienawiści uderzyłam go w twarz, po czym błyskawicznie uciekłam do domu.

Pomimo, iż nigdy więcej się nie zobaczyliśmy, nie pozwolił mi zaznać spokoju. Każdego dnia nachodziły mnie pogłoski o tym, jak dzieło Leonarda zyskiwało uznanie w oczach najzamożniejszych szlachciców Europy. Banda snobowatych imbecyli uznała moją minę za niepowtarzalny, enigmatyczny uśmiech.

deportant 2009-12-05 15:21:14
skomentuj (1)
Zabawki
Kaszel babci roznosił się echem po całym mieszkaniu. Odkąd przestała mówić, stanowił on dla niej jedyny środek komunikacji z otoczeniem. Jeszcze nieznacznie wcześniej trudno było zwrócić na siebie uwagę domowników nawet najbardziej donośnym krzykiem. Dziewczynki beztrosko biegały po korytarzu, telewizor pracował niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę, a jak czasem tatuś wrócił z pracy w towarzystwie kolegów, to wręcz nie dało się wytrzymać. Później lekarz wystawił diagnozę i mieszkanie zapadło się w przerażającej ciszy. Starsza kobieta potrzebowała wiele spokoju. Z resztą, wszyscy i tak stracili ochotę na zabawę.
Tylko mała Halszka potrafiła się jeszcze uśmiechać. Odsłaniając diastemę rozniecała malutki płomyk nadziei w sercach pozostałych członków rodziny. Nawet seniorka, niezdolna przecież do jakiejkolwiek złożonej reakcji, potrafiła uronić łzę, gdy wnuczka ściskała jej dłoń. Rodzicie wiedzieli, że ich najmłodsza pociecha nie jest w stanie do końca zrozumieć sytuacji, w jaką wtrąciła ich ta straszna choroba. Nikt o tym z nią nigdy nie porozmawiał. Mówienie dziecku o śmierci wymagało pewnych zdolności pedagogicznych. A jakichż talentów należy poszukiwać w domu, gdzie najbardziej wykształconą osobą jest ślusarz?
Drzwi oddzielające przedpokój od sterylnego pomieszczenia urządzonego dla umierającej skrzypiały za każdym razem, gdy ktoś przekraczał próg. Najpierw w okolicach dziesiątej rano. Mamusia zmieniała kroplówkę i podlewała kwiaty dorastające w doniczkach na parapecie. Nieco po południu przychodziła pielęgniarka robić pomiary wyjątkowo skomplikowanymi urządzeniami. Z grobową miną zapisywała wyniki w swoim tajemniczym zeszycie, oznajmiała że jakoś to będzie i szybkim krokiem opuszczała domostwo. Jakby chciała gdzieś uciec. Halszka zdążyła dokładnie poznać ten terminarz. Powtarzał się monotonnie już od kilku miesięcy. To właśnie ona spędzała przy staruszce najwięcej czasu. Opowiadała jej bajki, czesała włosy i robiła herbatę, obdarzając całe otoczenie swoim promiennym uśmiechem. W godzinach wieczornych, gdy ponury dźwięk domofonu informował o powrocie głowy rodziny, siostra zaciągała małą do sypialni. "Babcia musi teraz trochę odpocząć" słyszała w odpowiedzi na wszelkie protesty. Nie dawała za wygraną; "przecież babcia cały czas leży w łóżku, kiedy mogła się zmęczyć?". Cisza nie należała do przekonujących wyjaśnień. Gdy tylko spuszczano ją z oczu, zakradała się na korytarz i obserwowała przez szparę pod drzwiami, jak tatuś starannie przewija kobietę, próbując powstrzymać się od płaczu.
Śmierć odwiedziła chorą parę tygodni później. Bardzo możliwe, iż obyło się bez bólu, albo nawet umarła nieco wcześniej, tylko nikt tego nie zauważył. Przyszli elegancko ubrani panowie, którzy po złożeniu kondolencji wynieśli zwłoki. Na pogrzebie ksiądz pięknie wspomniał życie nieboszczki. O tym jak walczyła z komuną o pamięć męża, który zginął w pięćdziesiątym szóstym. O tym jak mimo ubóstwa, wychowała syna na porządnego człowieka. O tym jak zdobywając fundusze, uratowała podmiejskie hospicjum. Płakali wszyscy, nawet Halszka.

Od tego momentu dziewczynka już w ogóle nie wyrażała radości. Z początku wydawało się to całkiem zrozumiałe, ale kiedy telewizor z powrotem zaczął wyświetlać seriale, tata przypomniał sobie, że ma kolegów, a siostra chciała grać w chowanego, ona nadal chodziła zapłakana. Tłumaczyli, że staruszka jest teraz w niebie i czuje się tam naprawdę świetnie, jednak nie przynosiło to żadnych efektów. Nie oglądała kreskówek, nie chciała jeść lodów, nawet do lunaparku musieli zaciągnąć ją siłą. Z resztą nie wsiadła na żadną kolorową karuzelę. Dopiero kiedy tatuś wygrał dla niej lalkę rzucając strzałkami, na dziecięcej twarzy zagościł uśmiech. I nie zszedł już nigdy. Tyle radości przyniosło jej opowiadanie zabawce bajek, czesanie włosów i robienie herbaty.

deportant 2009-10-20 23:58:05
skomentuj (0)
Rachunek prawdopodobieństwa
Z prostego rachunku prawdopodobieństwa można wyliczyć, że każdy człowiek otrzymuje w życiu jedną wielką szansę. W większości przypadków występuje ona niespodziewanie i wymaga szybkiego podjęcia decyzji. Jeżeli w porę zorientujemy się, iż mamy do czynienia właśnie z nią, zyskujemy możliwość diametralnej odmiany własnego losu i wprowadzenia się w stan wiecznego szczęścia. Gdyby wszystkie wydarzenia były opatrzone odpowiednią etykietą, zawierającą instrukcję postępowania oraz informacje o ewentualnych efektach ubocznych, po świecie stąpaliby sami ludzie sukcesu. Niestety ocena napotykanych sytuacji należy wyłącznie do nas, a jesteśmy osobnikami wadliwymi, obdarzonymi świętym prawem do popełniania błędów. Z moich skrupulatnie sporządzonych obliczeń wynika, że w każdym pojedynczym przypadku, występuje dokładnie pięćdziesięcioprocentowe prawdopodobieństwo na wykorzystanie swojej wielkiej szansy.

Kiedy Zuzanna zaprosiła mnie na randkę, od razu chwyciłem za kalkulator. Nie interesowało mnie ani to, skąd wzięła mój numer, ani czy jej intencje były czyste. Zajrzałem do dostępnych mi tablic i całą noc wykonywałem jedno, skomplikowane obliczenie. Powtórzyłem je wielokrotnie, co wykluczyło jakąkolwiek możliwość pomyłki. Właśnie wtedy los postanowił obdarzyć mnie tą niepowtarzalną okazją.
Kochałem się w niej już w liceum. Tworzyła wówczas całkiem udany związek z Piotrem i nie wiedziałem, czy w ogóle zdawała sobie sprawę z mojego istnienia. Nie żywiłem na to specjalnych nadziei. Przecież chłopak grzeszył zarówno urodą jak i talentem. Wszystkie dziewczęta marzyły o nim po nocach, a ja zazdrościłem akurat tej jednej. Podobno po zakończeniu szkoły, naukę kontynuował na wydziale aktorskim łódzkiej filmówki. To zdecydowanie bardziej imponujące niż matematyka stosowana, z którą ja związałem swoją przyszłość. Faktu, iż przewyższałem umiejętnościami wszystkich kolegów z roku i regularnie otrzymywałem stypendium, kobiety zdawały się nie zauważać.
Mijały miesiące, a samotność nie odstępowała mnie na krok. Konsekwencję stanowił nadmiar wolnego czasu, który wykorzystywałem na sporządzanie rozmaitych rachunków. Może to i żałosne, ale dzięki nietypowemu hobby udało mi się napisać wybitną pracę magisterską. Bardzo precyzyjnie obliczyłem w niej prawdopodobieństwo istnienia Boga. Z oczywistych względów nie została opublikowana, jednak przy łaskawości tak zwanej poczty pantoflowej, o moim talencie dowiedział się dyrektor Głównego Urzędu Statystycznego i zaoferował mi doskonale płatną posadę.
Od tego momentu liczby przywiązały się do mnie na dobre. W pracy sporządzałem raporty oparte na dosyć banalnych działaniach. Prawdziwa fantazja przychodziła dopiero w trakcie przerw. Żeby zabić nudę próbowałem za pomocą matematyki rozwiązywać najbardziej prozaiczne problemy. Wyliczałem prawdopodobieństwa uzyskania podwyżek, zbiór najlepszych dni by ubiegać się o urlop,  możliwości niezauważonego opuszczenia stanowiska. Z tych ostatnich nigdy nie korzystałem, gdyż nie odczuwałem odpowiednich dla nich potrzeb.
Błyskotliwe rozwiązania zdecydowanie przyśpieszały tempo z którym poruszałem się po drabinie kariery. Pierwszy awans odebrałem z rąk szefa już po miesiącu. Dwa lata później przed moim gabinetem widniał napis "główny zarządca". Wśród podwładnych cieszyłem się niekłamanym szacunkiem, a niektórzy, zwłaszcza ci nowo zatrudnieni wykazywali wobec mnie nawet pewną dozę podziwu. Posiadałem duży dom na przedmieściach i zarabiałem ogromne pieniądze, które powielałem w umiejętnych inwestycjach. Na każdą z nich decydowałem się po przeprowadzeniu odpowiednich obliczeń statystycznych, które zawsze sprawdzały się w praktyce.
Zgodnie z wszelkim prawdopodobieństwem powinienem być szczęśliwy. Jednak z niezrozumiałych dla siebie powodów, czułem tylko stale pogłębiającą się pustkę i samotność. Owszem dziewczęta już wówczas zwracały na mnie uwagę. Niestety żadna z nich nawet nie przypominała Zuzanny. Ponadto wszystkie rachunki wskazywały wyraźnie iż interesuje je przede wszystkim mój status materialny. Nie mogąc ułożyć równania prawdziwej miłości, wielokrotnie próbowałem targnąć na własne życie. Wyliczałem wówczas najbardziej skuteczne metody skończenia ze sobą. Złośliwość losu chciała, iż pod tym jednym względem zawsze popełniałem jakieś tajemnicze błędy. Gdy wrzucałem włączoną suszarkę do wypełnionej wodą wanny, w której brałem kąpiel, efekt przejawiał się jedynie w uszkodzeniu przydatnego sprzętu. Przy każdej próbie skoku z wysokich zabudowań natrafiałem na przeszkody amortyzujące upadek. Nie wspomnę o cięciu naczyń krwionośnych za pomocą ostrych narzędzi. Po takich przygodach budziłem się w szpitalach, mając przed sobą wzrok zadowolonych z sukcesu lekarzy. Każda kolejna porażka zmuszała mnie do analizowania sporządzanych wcześniej algorytmów i wyszukiwania w nich błędów. W ten sposób, zupełnym przypadkiem odkryłem, iż każdego z nas prędzej czy później czeka jedna, wielka szansa. Wówczas postanowiłem porzucić walkę ze swoim życiem i oczekiwać na swoją okazję.

Na randkę włożyła czerwoną sukienkę, dzięki której wyglądała jeszcze ładniej niż przed laty. Nigdy nie zapomnę tamtego wieczoru. Rozmawiało nam się doskonale mimo, iż przecież nie jestem osobą grzesząca szerokim spektrum tematów. Okazało się, że Piotr umarł na pewną, wyjątkowo rzadką chorobę. Przed śmiercią wskazał mnie swojej, już wtedy narzeczonej, jako jedyną z osób napotkanych mu przez całe życie, która obdarzy Zuzannę taką miłością jak on sam. Po kilku latach bezskutecznego przeszukiwania książek telefonicznych i internetu, natknęła się na mnie  zupełnym zbiegiem okoliczności. Załatwiała niewiele znaczącą sprawę w urzędzie i przeczytała moje nazwisko widniejące na tablicy informacyjnej.
Od tamtego czasu spotykaliśmy się regularnie.  Chodziliśmy do filharmonii, oglądaliśmy filmy i całe noce dyskutowaliśmy o wszelkich prozaicznych problemach życia. Pewnego dnia udało mi się ją nawet pocałować. Na małżeństwo zdecydowaliśmy się będąc tuż przed czterdziestką. Zgodnie ten punkt życia braliśmy za początek starości.
Odszedłem z pracy, żeby cały swój czas poświęcać dla niej. Mogliśmy sobie z resztą na to pozwolić, gdyż oszczędności na moim koncie starczyło na jeszcze dłużej niż do końca świata. Uwielbiałem kłaść poranną filiżankę kawy obok naszego łóżka i budzić ją pocałunkami. Jesienią zbierałem w okolicznym parku kasztany i tworzyłem z nich figurki na cześć mojej ukochanej. Latem zwiedzaliśmy dalekie zakątki Ameryki Północnej, a zimą jeździliśmy na nartach po wszystkich najciekawszych pasmach górskich Europy. Miałem cudowną żonę i niemal całkowicie zapomniałem o statystyce. Tylko czasem, kiedy wychodziła do fryzjerki bądź na zakupy, chwytałem za kalkulator i obliczałem prawdopodobieństwo, że nasza miłość nigdy nie przeminie. Zawsze wychodziło sto procent, ale wyrażenie przerażająco przypominało mi algorytmy samobójstwa. Starałem się tym nie przejmować, wierząc w siłę przypadku.

Któregoś dnia zamiast róż wręczyłem jej bukiet tulipanów. Nie wiedziałem, iż na ich pułki miała alergię. Uznała ten gest za zamach na jej życie, z czego wynikła wyjątkowo nieprzyjemna kłótnia. Owszem, doszliśmy do porozumienia, ale krótko łudziłem się nadzieją, iż to jednorazowy incydent. Stawała się coraz bardziej nieznośna i zgłaszała coraz więcej pretensji. Nie było dnia żebyśmy nie obrzucali się wyzwiskami. Zupełnie nie potrafiłem zrozumieć takiego obrotu wydarzeń. Przecież pozostawał on w całkowitej sprzeczności z moimi precyzyjnymi wyliczeniami.
Wszystko stało się jasne pewnego wieczora, kiedy zastałem ją w łóżku wraz z Piotrem. Na podłodze oprócz ich ubrań, leżało pełno opakowań po tabletkach nasennych i kilka pustych butelek whiskey. Kochali się namiętnie zupełnie nie zwracając na mnie uwagi, a ja pozyskałem nowe dane. Zestawiłem wszystkie wyprowadzone przeze mnie wzory samobójstwa i szczęśliwej miłości podporządkowując je do jednego działania. Wynik nie sprawiał problemów z interpretacją. Wszystkie moje próby targnięcia na życie okazały się jak najbardziej skuteczne. Po prostu Bóg miał fantastyczne poczucie humoru i piekło, w którym się znalazłem wyglądało dokładnie tak samo jak świat ludzi żywych.
deportant 2009-10-18 14:56:08
skomentuj (0)
Tajemnicza choroba
Denerwujące wycie sygnału alarmowego uświadomiło mnie, że byłem jedyną osobą pełniącą wówczas dyżur w pokoju lekarzy. Musiałem przerwać lekturę ciekawej gazety i szybko udać się na salę, do której wzywała mnie lampka pulpitu. Takie sytuacje na oddziale intensywnej opieki medycznej zdarzały się dosyć często, więc nawet nie zauważyłem, kiedy powiadomiłem ratowników i wyciągnąłem z szuflady formularz do wypisania aktu zgonu oraz niezbędne pieczątki. W głowie wciąż formułowałem własną opinie na temat zgłębianego przeze mnie artykułu. Przestał on istnieć dopiero, kiedy wraz z ekipą reanimującą przekroczyliśmy próg dziewiątki. Naszym oczom ukazała się wyjątkowo osobliwa scena: Ogarnięta paniką pielęgniarka próbowała pocieszyć pacjentkę. Ta zaś, całkowicie beznamiętnym wzrokiem obserwowała z nad książki płaski odczyt elektrokardiografu.
Przyjęto ją zaledwie kilka minut wcześniej i to na psychiatrie. Tam jakiś idiota, nie będąc w stanie zmierzyć chorej ciśnienia odesłał ją do nas. Na ostrym dyżurze personel musiał wykazywać gotowość przez dwadzieścia cztery godziny, także jeżeli pracownikom innej części budynku nie chciało się pracować, to wymyślali jakieś idiotyczne zagrożenie i przenosili swoich podopiecznych tutaj. Wraz z kolegami po fachu musieliśmy w takich sytuacjach przeprowadzać kilkanaście badań, by w końcu stwierdzić, że nic złego się nie dzieje i spowrotem wydać skierowanie na macierzysty oddział. W międzyczasie lekarz, który wywęszył niebezpieczeństwo dla życia kończył dniówkę i daną osobę zmuszony był wziąć kto inny.
W tym przypadku pretekst okazał się na tyle głupi, że nawet nasza aparatura zaprotestowała, postanawiając się zepsuć. Wyzwałem siostrę od nieodpowiedzialnych i niedouczonych, po czym poleciłem podłączyć pacjentkę pod nowe urządzenie. Dopiero kiedy czwarta maszyna z kolei uparcie wykazywała asystolię, zacząłem podejrzewać coś bardziej skomplikowanego niż zwyczajną usterkę. Sama zainteresowana twierdziła, iż trafiła do szpitala zupełnym przypadkiem i nie dawała wiary, że cierpi na tajemniczą poważną chorobę. Tkwiąc w przekonaniu, że wygaduje głupoty, podobnie jak wszyscy pacjenci, z którymi miałem okazje spotkać się w pracy, nie zainteresowały mnie jej argumenty. Rozkazałem dyżurnej obserwować ją całą noc, po czym udałem się do biblioteki.
Zdążyłem przejrzeć wszystkie książki, jakie mieliśmy na stanie i setki stron internetowych, zanim stwierdziłem, iż nigdy wcześniej u nikogo nie odnotowano takich objawów. Całkiem przypadkiem stanąłem u progu niesamowitego odkrycia. Mogłem jako pierwszy człowiek opisać to schorzenie i obmyślić dla niego odpowiednią terapie. Kiedy powoływałem zespół zajmujący się tym przypadkiem, przed oczami widniała mi perspektywa sławy oraz nagroda Nobla. Wraz z kolegami uważnie przeanalizowaliśmy wszystko, co wiedzieliśmy o naszej pacjentce i skierowaliśmy ją na próbę wysiłkową. Wyniki pod żadnym względem nie odbiegały od normy, co pozwoliło nam wierzyć, iż problemem nie jest serce, tylko coś, co maskuje w obliczu EKG jego działanie. Po długiej debiacie ustanowił się konsensus, w wyniku którego postanowiliśmy przeprowadzić chorej rezonans magnetyczny mózgu. On również nie zdradził niczego niepokojącego. Tak samo odczyn Biernackiego, badania wirusologiczne, próby wątrobowe, spirometria i szereg innych diagnostyk.
Mijały miesiące, a my wciąż znajdowaliśmy się w punkcie wyjścia. Do naszej placówki przyjeżdżali najbardziej znani lekarze z całej Europy i wszyscy rozkładali ręce. Tymczasem pensjonariuszka nie zgłaszała żadnych dolegliwości, przyzwyczaiła się do życia na oddziale i nawet przestała już mnie błagać o wypisanie. Obserwowałem ją czasem z ukrycia, jak plotkowała zagadywała pielęgniarki lub grała z nimi w karty. Jej wyjątkowy uśmiech utwierdzał mnie w misji rozpoznania i wyleczenia choroby dostarczającej całemu światu medycyny tylu problemów. Codziennie konsultowałem z kolegami moje nowe spostrzeżenia wierząc, że pewnego dnia dopnę swego.
Ten dzień przyszedł o wiele później. Zdążyłem stracić wielu pacjentów, nie będąć w stanie się skupić na ich banalnych schorzeniach. Wykonywałem wówczas poranny obchód i dostrzegłem na jej szafce "Ulissesa". Ponieważ to moja ulubiona książka, miałem wyraźny pretekst do odwiedzenia chorej po godzinach, jako osoba prywatna. Od tamtego momentu, już nigdy nie patrzyłem na nią jak na pacjentkę. Stała się dla mnie Malwiną. Potem wpadałem już każdej nocy i toczyliśmy niesamowite dyskusje. Rozmawialiśmy o wszystkim - filmach, książkach, muzyce oraz motocyklach. Nigdy wcześniej nie spotkałem kobiety z którą nie musiałem na siłę podtrzymywać dyskusji i mogłem czuć się w stu procentach sobą. Pewnego wieczora z fascynacją wysłuchałem historii, jak trafiła do naszej kliniki. Zadzwoniła na pogotowie, gdy znalazła swojego byłego narzeczonego, zwisającego z żyrandola. Ratownicy nie odnajdując w niej smutku po takiej stracie, postanowili zawieźć ją na psychiatrię. Doznałem olśnienia i natychmiastowo zleciłem rentgen klatki piersiowej. Z nieukrywaną satysfakcją wysłuchałem gratulacji od współpracowników, gdy oglądając świeżo wykonane zdjęcia, stwierdziliśmy, iż Malwina nie miała serca.
Dalej cała sprawa potoczyła się już prosto. W kilka dni zakwalifikowaliśmy ją do przeszczepu. Znalezienie dawcy nie przysporzyło problemów, gdyż byłem w niej zafascynowany do tego stopnia, że zgłosiłem się bez wahania. Po kilku prostych badaniach, rozpisaliśmy zabieg jako priorytetowy. Wykonywał go jeden z moich najlepszych przyjaciół, więc czułem przekonanie, że wszystko potoczy się zgodnie z planem.
Kiedy pielęgniarka powiedziała mi na sali pooperacyjnej, że pacjentka uciekła, nie łudziłem się żadnymi nadziejami. Przeszczep się nie przyjął. Od tego czasu oboje nie mieliśmy serca. Ona została niejednokrotnie nagrodzoną Oskarem aktorką, o którą bili się wszyscy wpływowi reżyserzy. Ja szybko zyskałem nienawiść pacjentów, jednak ich donosy nie zaszkodziły mi w robieniu kariery i w krótkim czasie awansowałem na stanowisko ordynatora oddziału. Uratowałem w końcu bardzo wielu niedoszłych samobójców, na ogół byłych narzeczonych Malwiny.
deportant 2009-10-12 19:19:44
skomentuj (1)
Brednie
Jeżeli piszesz prawdę, to jesteś dziennikarzem. Więcej, możesz nawet być wybitnym dziennikarzem, o ile oczywiście uda ci się zaspokoić wymagania tłumu. Najlepiej wybrać jakiś modny temat, zdobyć wiarygodne informacje oraz zamieścić chwytliwy nagłówek. Najlepszym wystarcza z resztą sam nagłówek. Wypada także kontrolować emocje i w żadnym wypadku nie zdradzać swoich poglądów. Ludzie nie lubią, kiedy ktoś się z nimi obnosi, gdyż naturalny instynkt natychmiast zmusza ich do budowania przeciwnej opinii. O ile nigdy by się z tobą nie zgodzili, to jeszcze pół biedy, okrzykną cię najwyżej żydowskim szpiegiem, faszystą lub pi-arowskim beztalenciem. Potem przeczytają jeszcze niejedno twoje dzieło, by utwierdzić się w żywiącej wobec ciebie nienawiści. Sytuacja zaczyna się komplikować, gdy któryś z nich z przyjemnością wykrzyczałby twoje słowa, gdybyś nie zrobił tego pierwszy. Wówczas cały, z trudem wypracowany zbiór przekonań zwala się na miękkich fundamentach ludzkiego odruchu. Pośród tych gruzów ciężko znaleźć jakąkolwiek użyteczną pozostałość, więc całkiem naturalnym sposobem, w odpowiedzi na twój punkt widzenia powstaje nonsensowny bełkot. Z reguły zniechęca to innych do prowadzenia dalszej dyskusji, a czasem nawet podtrzymywania znajomości. A ty oprócz zyskania śmiertelnego wroga musisz do końca życia nosić na sobie odpowiedzialność za pozbawienie kogoś życia towarzyskiego. Zbędne wydaje się dodawanie, że tym kimś może być twoja matka, przyjaciel albo gorzej, przełożony.
Jeżeli zajmujesz się fikcją, to najprawdopodobniej należysz do grona artystów. W tym przypadku dodatkowego komfortu dostarcza ci fakt, że nikt nie rozlicza cię z rzetelności. Masz całkowitą swobodę pisania i bez specjalnych przeszkód możesz nanosić na papier wszystko co się w tobie znajduje. Dobrze, gdyby był tam talent, ale to nie stanowi warunku koniecznego. Z dużą łatwością można zastąpić go narkotykami bądź plagiatem. Z resztą nadmierne uzdolnienie często okazuje się zdradliwe. Należy pamiętać, większość ludzi wykazuje niewielką wrażliwość na sztukę i łatwo mogą zabłądzić w tworzonych przez ciebie labiryntach przesłania. Oczywiście, pisanie do szuflady wydaje się całkiem szlachetne, jednak ona sama stanowi stworzenie niewdzięczne i w zamian za częstowanie jej pięknością literatury nie przekaże ci ani pieniędzy ani jedzenia. Kiedy oprócz potencjału posiadasz także artystyczną duszę i zupełnie nie interesuje cię, czy ktokolwiek pojmie twoje teksty, a jednocześnie wizja nędzy zapewnia ci takie samo przerażenie, jak każdemu innemu człowiekowi, pozostaje ci tylko jedno. Musisz znaleźć kogoś bogatego, kto zdecyduje się stanąć u twego boku na ślubnym kobiercu. Wbrew pozorom to dosyć proste zadanie, gdyż zamiłowanie do sztuki u danego osobnika jest z niezrozumiałych powodów wprost proporcjonalne do ilości pieniędzy na jego koncie. To nic, że każdy z nich potraktuje cię jak kolejny, cholernie drogi obraz w tej swojej galeryjce, którą urządził w piwnicy i nikogo do niej nie wpuszcza. Przynajmniej nie poskarżysz się na zawracanie głowy. W końcu tacy bogacze na ogół interesują swoimi nabytkami tylko przez kilka godzin po kupnie.
Słowo pisane stało się ciałem i prawdopodobnie nie ma od tego żadnej sensownej ucieczki. Po tym co przenosisz na papier można wywnioskować nie tylko czym się zajmujesz, ale także co chciałbyś osiągnąć i raczej nigdy ci się nie uda. Grafficiarze piszą na murach, lekarze na receptach, a sekretarki na komputerach robiąc przerwy na pasjansa. Jakkolwiek byś nie chciał ukryć wad swego charakteru lub wstydliwego zawodu wystarczy, że postawisz kilka logicznie łącznych wyrazów i wszystko stanie się jasne. Uważam za straszne jak łatwo rozszyfrować to kim jesteśmy. Dlatego postanowiłem zostać nikim i wypisuje brednie.
deportant 2009-10-07 15:26:50
skomentuj (0)
Idiota
Aktor spojrzał na ozłoconą figurkę Oskara i zakręciła się mu łza w oku. Z nieukrywaną satysfakcją uścisnął dłoń prowadzącego i rzucił lekceważące spojrzenie na tłumnie zebraną publiczność. Nienawiść, kumulująca się w powietrzu, przekraczała wszelkie dopuszczalne normy. Nikt nie potrafił zrozumieć jakim cudem mężczyźnie znanemu głównie z kiepskich seriali sensacyjnych udało się osiągnąć taki sukces. Sytuacje znacząco pogarszał fakt, iż nie popadało w najmniejszą wątpliwość, że zasłużył na tę statuetkę jak nikt inny.
Do roli schizofrenika przygotowywał się ponad rok. Regularnie odwiedzał bibliotekę uniwersytetu medycznego wykradając studentom najlepsze egzemplarze podręczników. Psychiatria interesowała go od dziecka i zmaganie się z trudnymi terminami sprawiało mu niewyobrażalną radość. Jego wiedza przekraczała umiejętności przeciętnego lekarza, gdy zgłosił się na wolontariat w pobliskiej klinice. Codziennie z samego rana zjawiał się na oddziale niosąc pomoc pacjentom. Wbrew nauce siostry przełożonej, zdawał sobie sprawę, iż największą otuchę chorym sprawiało częstowanie ich papierosami i poważnie prowadzone rozmowy na wszelkie możliwe tematy. Ludzie faszerowani neuroleptykami czuli się szczęśliwi zauważając, iż wreszcie znalazł się ktoś, kto zamiast proponować bezsensownych gier w szachy bądź kalambury, miał ochote wysłuchać, co mają do powiedzenia. Z resztą ich światopogląd był fascynujący. Gdyby tylko nie zdiagnozowano im poważnych zaburzeń psychicznych z powodzeniem mogliby pełnić wysokie urzędy polityczne i wprowadzać innowacyjne zmiany w absurdalnym świecie ustawodawstwa.
W miarę przebywania ze swoimi podopiecznymi, aktor zbierał coraz więcej doświadczenia. Błyskawicznie podłapał ich styl prowadzenia polemiki, nie dający drugiej stronie najmniejszych szans na udowodnienie swoich racji, jakie by nie były. Z czasem nabył sztukę poddawania w wątpliwość odwiecznych praw logiki i znajdywania odpowiedzi na idiotyczne pytania. Schizofrenicy z dumą patrzyli jak przeskakuje kolejne szczeble drabiny wtajemniczenia. Z każdym dniem stawiali przed nim trudniejsze zadania i o wiele rzadziej nie potrafił im sprostać.  W międzyczasie zdążył zapomnieć o całym świecie, a jego życie pozaszpitalne praktycznie nie istniało. Kiedy tylko opuszczał mury paskudnego budynku, zaczynał ćwiczyć swoją rolę wykorzystując nowe doświadczenia. Potrafił całe dnie stać przed lustrem i analizować szczegóły osobowości bohatera, któremu użyczał ciała. Notorycznie zapominał o spożywaniu posiłków, braniu kąpieli i płaceniu podatków. Zdążył stracić prąd oraz ciepłą wodę zanim osiągnął perfekcje. Objawiła się ona w postaci męskiego głosu wyrywającego go z objęć Morfeusza. Kategorycznie zabronił on aktorowi chodzić do szpitala twierdząc, że nie wyciąga z tego żadnej sensownej nauki, a jedynie upodabnia się do przebywających tam wariatów. Halucynacja była stanowcza i wymagała bezwzględnego posłuszeństwa. Za każdym razem gdy próbował coś zagrać zgodnie z własnym pomysłem natychmiast groziła, że zniknie na zawsze, besztając go przy tym od najgorszych. Nawet wybitny reżyser nie stanowił dla niej jakiegokolwiek autorytetu i nieraz zmuszała go do ryzykowania utratą pracy i stawiania się przełożonemu. W efekcie końcowym produkcja okazała się genialna i zarobiła setki milionów dolarów.
Po odebraniu nagrody, życie aktora wróciło do względnej normy. Nadal grywał on w telewizyjnych serialach, jednak zaczął nadawać swoim postaciom dziwaczne charaktery, które skutecznie zniechęcały wiernych widzów. W życiu towarzyskim, postrzegano go co najmniej jako ekscentryka. Nikt nie rozumiał gdy z przekonaniem wypowiadał się na całkiem absurdalne tematy lub godzinami przyglądał się jednemu punktowi. Ostacznie darzono go głębokim szacunkiem za pamiętną kreacje i nikt nie ośmielił się publicznie użyć słowa 'idiota'. A głos? Głos nadal się pojawiał od czasu do czasu, jednakże tylko po to, by zaproponować mu partyjkę w warcaby bądź kalambury.
deportant 2009-10-05 17:54:30
skomentuj (0)
Najgorsze oczekiwania
 Spełniły się moje najgorsze podejrzenia.
Lekarze wykonali swą pracę z zadziwiającą dokładnością i nie było mowy o pomyłce. Kazali darować sobie wszelkie nadzieje i jakoś z tym żyć. Sukinsynom w białych fartuchach łatwo mówić. Wystarczyło im zdać kilka nieziemsko trudnych egzaminów, by mogli poczuć spełnienie.
Następne noce nie pozwoliły mi zasnąć. Przekrwione, łzawiące oczy z największą desperacją przeglądały wyniki wydrukowane na szarym papierze. Przeanalizowałem tysiące tabelek i wielokrotnie udoskonaliłem swoją wiedzę medyczną. Nie przyniosło to jednak minimalnej pomocy. Spełniły się moje najgorsze podejrzenia. Nie jestem Rolandem Toporem, Etgarem Keretem ani Dorotą Masłowską.
deportant 2009-10-05 16:08:43
skomentuj (1)
Mój sąsiad psiarz
Miałem wyjątkowo miłego sąsiada. Zawsze pomagał mamie nosić torby z zakupami, nawet jeżeli znad nich unosił się mętny zapach wędln. A przecież nie jadał mięsa twierdząc, że wolałby umrzeć z głodu niż wziąć zwłoki do ust. Nie próbwał jednak za wszelką cenę przekonać innych do swojej idei. Tylko czasem podrzucał nam różne herbatki organiczne, bądź opanierowane tofu, które z resztą smakowało wyśmienicie. Przychodził niemal każdego wieczoru i do późnej nocy zabawiał rodziców swoim politykowaniem. Na ogół witali go z sympatią, był w końcu jedyną osobą w okolicy, która nie borykała się z problemem alkoholowym lub finansowym. Nas również uwielbiał. Często sprawował nad nami pieczę, kiedy ojciec wyjeżdżał w delegacje. Przynosił wówczas prezenty i może to przerost ego, ale już wtedy wydawało mi się, że ja zawsze dostaje najładniejsze. Rodzeństwo wcale nie zazdrościło, przeżywali okres buntu i podarki przysparzały im raczej wstydu.
Uwielbiałem te wieczory, gdy parzyłem nam kakao i szczerze rozmawialiśmy. Wypytywał mnie o wszystko: poglądy, marzenia, zainteresowania. Owszem podejrzewałem, że ma zboczenie, ale on uparcie twierdził, że stanowiłem doskonały materiał, na bohatera jego najnowszej powieści. Wiedziałem, że od lat nic nie pisał i chyba tylko narcyzm zmuszał mnie łatwowierności. Poza tym w jego słowach nie było nic sprośnego, a on sam mnie nawet nie dotykał. Jedyna forma molestowania jaką nakazał mi doświadczyć to zapisywanie każdego mojego słowa w małym, czarnym notatniku. Trudno zliczyć wszystkie próby, które zmarnowałem na przechwycenie tego zeszytu. Sąsiad wykazywał się jednak bystrym okiem i doskonale znał moje zamiary, choć nigdy nie dał mi tego do zrozumienia. Mówił tylko, że spisywane przez niego tajemnice zostaną niedługo nagrodzone Noblem.
Wraz z ubiegiem czasu nasza przyjaźń się zacieśniała. Rano uprawialiśmy dżogging wzdłuż pobliskiego parku. Zrywał wówczas różne rośliny i z wielką pasją rozprawiał o ich właściwościach. Ja pokazywałem mu dobre miejsca do picie i przedstawiałem spotykanym w nich znajomym. Robił wrażenie na wszystkich godzinami opowiadając niesamowite historie. Czasem po pijaku zdradzał nawet szczegóły swojej powieśći, ale za bardzo bełkotał by go zrozumieć. Z resztą książka nie miała specjalnego znaczenia. Lubiliśmy pisarza mimo różnicy wieku i z przyjemnością powierzaliśmy mu najskrytsze tajemnice. Oczywiście okazywał czasem namolność. Zwłaszcza gdy podczas moich pierwszych doświadczeń seksualnych ładował się za mną do łóżka. Ale nawet wtedy nie czułem specjalnej złości. Przecież tylko dzięki niemu Karina przeżywała orgazmy. Każdy z nich nagrywał dyktafonem i ponoć uważnie odsłuchiwał przed sporządzaniem notatek.
Zdążyłem zdać maturę zanim stwierdził, że kończy zbieranie materiału. Widywaliśmy się coraz rzadziej, a większość informacji na jego temat otrzymywałem od znajomych, mijających się z nim na na ulicy. One także napływały bardzo rzadko. Mało kto chciał się ze mną zadawać, od kiedy sąsiad przestał się wokół mnie kręcić. Okazałem się wszak przerażającym nudziarze, który nawet własnego zdania nie potrafił zbudować, jeśli nie poradził się starszego faceta. Pierwsza zauważyła to Karina, gdy podczas romantycznej kolacji spytała mnie o plany na przyszłość. Nie bardzo rozumiałem co miała na myśli rozprawiając o małżeństwie i trójce dzieciaków, kłóciło się to z moją wizją zostania bohaterem literackim. Poważniejsze rozmowy sprawiały mi jeszcze większe problemy. Po skończeniu studiów, pracodawcy tylko obiecywali, że się skontaktują, machając z politowaniem głową. Rodzice nie mogli znieść, że ich syn jest darmozjadem i kazali znaleść sobie nowe mieszkanie. Początkowo utrzymywała mnie siostra. Wzamian za gotowanie jej obiadów i zgłębienie wiedzy o działaniu automatycznej pralki, dostawałem dach nad głową i parę groszy na przyjemności. Nie wiedziałem jak je spożytkować, więc oddawałem wszystko na biednych, wierząc, że dzięki temu uratuje czyjeś istnienie. Szwagra doprowadzało to do furii. Twierdził, że jestem komplet nymidiotą i nawet gdy jakimś cudem zarabiam jakieś pieniądze, to potrafie je tylko wyrzucić w błoto. Pomimo iż przyznawałem mu racje, robił wszystko by udowodnić swoje zdanie. Przynosił przeróżne artykuły i wycinki z ekonomicznych biuletynów. Nie znosił mojego przytakiwania i beształ, że powinienem wylizywać jego żonie stopy, bo on takiego brata by najzwyczajniej zabił. Ogrom tych argumentów przemówił do mnie i odtąd każdego ranka za za pomocą języka polerowałem nogi mojej siostry. Nawet w tym byłem kiepski. Pewnego dnia pomylilem ją z mężem dostarczając mu śmiertelnego szoku. W krótkim czasie depresja rozkazała właścicielce mieszkania popełnić samobójstwo. Zostałem całkiem sam czekając na wyrok komornika.
O tym, że pisarz dokończył książke dowiedziałem się z audsycji radiowej. Przjęta dziennikarka mówiła, iż zaraz po opublikowaniu tego bestsellera zaginął i nikt nawet nie podejrzewa, gdzie może aktualnie się znajdować. Owszem przeczytałem tę powieść, ale nie bardzo przydpała mi do gustu. Może faktycznie nie wiele z niej zrozumiałem, ale bardziej prawdopodobną przyczyną mojej niechęci był fakt iż składała się ona z dwustu zupełnie pustych stron.
Wszystko ułóżyło się szczęśliwie. W prawdzie nie mam pojęcia skąd na moim koncie znalazła się nagle ogromna suma pieniędzy, jednak nie przysparzało mi to powodów do narzekań. Na samotność również już niecierpiałem. Odkryłem w swojej łazience magiczny portal, w którym czasem pokazywał się mój dawny sąsiad. Rozmawiałem z nim jak za dawnych czasów odzyskując ponownie chęć do życia. Literat obiecał że nie opuści mnie dopóki nie zniszcze tego magicznego przedmiotu. Nazwał go lustrem.

deportant 2009-09-26 15:42:11
skomentuj (0)
Dobra karma
To nieprawda, że płacz noworodków należy do odruchów bezwarunkowych. Kiedy się rodzisz jesteś po prostu zupełnie zdezorientowany brutalną zmianą sytuacji. Gwałtowna seria skurczów mięśni gładkich wypycha cię z przytulnej macicy do chłodnego otoczenia. Pierwsza rzecz jaka ci się rzuca w oczy to mdłe światło szpitalnych jarzeniówek. W dodatku odczuwasz oślizgły dotyk lateksowych rękawic ginekologa, a tłum wielkich, dziwacznych postaci ogląda każdy centymetr twojego ciała. Największy twardziel uroniłby kilka łez. A ty nie wiesz jeszcze czy możesz się ochrzcić twardzielem czy mięczakiem, bo masz aktualnie o wiele większe problemy i zachowawczo wybuchasz rzewnym szlochem, który roznosi się po całym po-prlowskim budynku.
Dopiero po miesiącach, a czasem latach udaje ci się pogodzić z bezczelnością jaką sprezentował ci los. Wówczas odkrywasz, że mogłeś skończyć o wiele gorzej i zauważasz, że świat to nie tylko zimne powiewy z otwartego okna oraz banda debili robiących w twoją stronę głupie miny z zza łóżeczka. Ogrom przedmiotów i zjawisk fizycznych przestaje wydawać się przerażający i napawa cię pewną fascynacją. Chcesz jak najszybciej posiąść wszystkie tajemnicę, które skrywa otaczająca cię przestrzeń, tak bardziej skomplikowana od matczynego łona. Za każdym razem gdy wierzysz, iż nic cię już nie zaskoczy, coś zmienia twój światopogląd o sto osiemdziesiąt stopni. Szybko uczysz się chodzić i mówić co zwiększa efektywność twojego przyswajania. Jasne, czasem się zatrujesz jakimiś lekami pozostawionymi przez nieodpowiedzialnych rodziców, bądź dotkniesz rozgrzanego żelazka. Ale to tylko wykształca w tobie charakter i determinuje do dalszego zgłębiania wiedzy.
Później idziesz do szkoły, gdzie poznajesz rówieśników. Z każdym rokiem zdobywasz nowe porcje doświadczenia i świat staje się coraz mniej tajemniczy. Ty jednak nie dajesz za wygraną i przez myśl ci nie przechodzi by popaść w rutynę. Znajdujesz coraz więcej zajęć, które pozwalają ci wierzyć, iż życie nigdy ci się nie znudzi. Początkowo jest to kopanie w piłkę z kolegami przy osiedlowym trzepaku, a następnie wciągają cię gry komputerowe. Na ogół nieco później przychodzi również czas na alkohol i narkotyki. Odkryjesz jeszcze dziesiątki innych rzeczy takich jak seks, bójki, muzyka i filmy, zanim instynkt zdobywcy zupełnie w tobie zgaśnie. Jeżeli spotka cię trochę szczęścia, to może nawet odnajdziesz w sobie nieco mniej standardowe zainteresowanie, przez które inni okrzykną cię dziwakiem.
Dalsza część tej historii zależy już właściwie tylko od ciebie. Możliwe, że zaczniesz pracować, zakochasz się, zawrzesz małżeństwo i nie zrozumiesz dlaczego twoje dziecko tak cholernie płacze. Niezależnie od tego co się wydarzy, istnieje pewność, że prędzej czy później, ktoś rozliczy cię z twoich czynów i los po raz kolejny zgotuje ci niespodziankę. Na ogół jest ona całkiem sprawiedliwa i ma formę kary bądź nagrody. Jeśli więc twoja karma okaże się dobra, masz szansę, że świat znów wyda niesamowity. Na starość tak jak za czasów dziecinnych, wszystko co cię otacza będziesz poznawać na nowo i umrzesz we wspaniałej inspiracji.
Ostatnio po ziemi stąpa coraz więcej dobrych ludzi. Naukowcy zdążyli już nawet nadać nazwę nagrodzie, którą możesz otrzymać za swój żywot. Mówią o niej choroba Alzheimera.
deportant 2009-09-21 16:22:07
skomentuj (1)
Tłumaczenie
Wszystko zaczęło się przez moich rodziców. Ciągle marudzili, że mam już dwadzieścia dziewięć lat i że nie będą mnie utrzymywać do końca życia. Z reguły takie wypominanie nie robi na mnie specjalnego wrażenia, ale tym razem postawili mi ultimatum. Miałem dwa tygodnie na znalezienie pracy, inaczej mogłem się pożegnać z ich mieszkaniem. "Przecież nie jestem robotem, żeby wykonywać osiem godzin dziennie te same czynności" - myślałem pisząc swoje CV na komputerze. Skończyłem je w dwie godziny, co biorąc pod uwagę fakt, że od lat nie wykonywałem innych czynności niż jedzenie i spanie, było zadowalającym osiągnięciem. Ludzie z moimi umiejętnościami nawet w dobie kryzysu nie martwią się o zarobek. Otworzyłem gazetę i spośród tysiąca ofert błagających mnie o aplikacje wybrałem wydawnictwo literackie. Rzemiosło tłumacza wydawało się lekkie i przyjemne.
Życiorys wraz z listem motywacyjnym i kilkoma przekładami wierszy pewnego francuskiego poety zaniosłem do biura osobiście. Tłusta sekretarka poinformowała mnie, iż szefostwo zaprosi wybranych kandydatów na rozmowę kwalifikacyjną. Nie zdążyłem wrócić na osiedle, kiedy z mojej kieszeni rozległ się dzwonek telefonu. Dyrektor nie umiał pohamować wrażenia jakie wywarły na nim tłumaczenia mojego autorstwa. Zaczynałem od zaraz. Rodzice ściskali mnie ze szczęścia, a ja nie rozumiałem dlaczego zmuszałem się do takiej gwałtownej zmiany trybu życia.
Szykując się do pierwszego dnia nie myślałem co na siebie założyć ani jak przywitać się z nowymi kolegami. Jedyny problem jaki mi przyświecał, związany był z możliwością szybszego zakończenia dniówki. Sympatyczna kierowniczka zespołu stanowczo uścisnęła mą dłoń i przedstawiła ludziom z którymi rozpoczynałem współpracę. Miło rozczarowały mnie realne obowiązki które wykonywałem. Owszem, od czasu do czasu musiałem wstać i przynieść im kawę, ale oprócz tego wystarczyło siedzenie na krześle i udawanie, że interesuje mnie co mówią. Czułem rozbawienie widząc jak się kłócą, jakiego słowa najlepiej użyć, żeby odzwierciedlić intencje autora, jednakże nie mogłem im wiele zarzucić. W końcu nie mieli wobec mnie żadnych oczekiwań.
Opanowałem do perfekcji obsługę najbardziej skomplikowanego na świecie automatu z gorącymi napojami, kiedy przyszedł ten dzień. Przełożona uznała, że nauczyłem się wystarczająco dużo i rzuciła na moje biurko wiersz do przetłumaczenia. Próbowałem się bronić mówiąc, iż nie jestem jeszcze gotowy, ale to nie pomogło. Zapewniała, że mogę liczyć na życzliwość grupy a poza tym to tylko jeden tekst. Nienawidząc całego świata chwyciłem kartkę w rękę i wziąłem się do pracy. Jej efekt zaniosłem po piętnastu minutach z powrotem do kierowniczki. Nieco zdumiona narzuconym przeze mnie tempem przeczytała i kazała mi usiąść. Miałem przez chwile nadzieje, że zostanę zwolniony i wrócę do okupywania ukochanej kanapy, ale szybko okazało się, że to tylko marzenia. Piała z zachwytu obrzucając mnie stekiem komplementów. Stwierdziła, że mój talent nie będzie się marnować na pracę zespołową i uzyskałem samodzielne stanowisko. Przydzieliła mi do przetłumaczenia trzystu-stronicową francuską powieść.
Swoje obowiązki skończyłem po trzech tygodniach, jednak nikomu się tym nie chwaliłem. Przyznano mi na to sześćdziesiąt dni, więc przychodziłem do biura i robiłem to w czym jestem najlepszy - nic. Niestety świat jest skonstruowany w taki sposób, że im więcej czasu jest do rozdysponowania na ciekawe czynności tym szybciej on upływa. Nawet nie zauważyłem kiedy nadszedł dead line. O moim dziele rozmawiało całe wydawnictwo. Nadzór nie zgłosił żadnych poprawek. Wszyscy zwracali się do mnie co najmniej jakbym był Bogiem i nawet kawy nie mogłem zaparzyć samodzielnie. Z każdym dniem przed polskim wydaniem ludzie coraz bardziej przede mną się płaszczyli. Dyrektor proponował mi nawet własnego asystenta, który robiłby za mnie absolutnie wszystko, łącznie z chorowaniem na raka przez moje palenie. Skończyło się na premii i procencie ze sprzedaży.
Nakład rozszedł się w zaskakującym tempie, a powieść zyskała miano jedynego francuskiego dzieła, które sprzedało się lepiej za granicą niż w ojczystym kraju. Pech chciał, że dziennikarze nie zapomnieli o moich zasługach i zostałem zaproszony na ceremonie przyznania prestiżowej nagrody literackiej autorowi książki. Podawano całkiem dobre wino, co chociaż w pewnym stopniu wynagradzało mi chodzenie w garniturze i słuchanie nudnej plątaniny słów. Po zjedzeniu przystawek, paru uściśnięciach ręki i kilku wymuszonych uśmiechach kelnerzy zapraszali ludzi do zajęcia miejsc przy stolikach. Przez moment salę ogarnęła ciemność, a następnie strumień światła ukazał elegancko ozdobioną scenę. Pojawili się na niej pisarz oraz tłumacz sesyjny umożliwiający porozumiewanie się gościa honorowego z publicznością. Nieskromne przemówienie dotyczące książki i okoliczności jej powstania zdawało się dłużyć w nieskończoność. Kiedy przyszedł czas na pytania od dziennikarzy, dziwiłem się, że nie zasnęli i byli w stanie wykonywać swój zawód. Jeden z nich zapytał, czy autor nie czuł dyskomfortu, gdy pisał o kazirodczej miłości wykonując jednocześnie obowiązki proboszcza parafii. Po krótkiej chwili ciszy, tłumacz poprosił pytającego o powtórzenie. Kiedy nie było wątpliwości bohater wieczoru nieco pobladł, przez moment próbował jeszcze zachować fason, ale bez skutecznie. Rzucił się w moją stronę ze sceny i złapał mnie gwałtownie za kołnierz. Wypowiadał przy tym trzydzieści zdań na minutę co chwilę spluwając na podłogę. Jakie to szczęście, że nie znam francuskiego, inaczej mógłbym się poczuć urażony.
deportant 2009-09-21 03:45:49
skomentuj (2)
Wariaci

Nie wiem czy był to siódmy, czy ósmy raz. Już dawno przestałem liczyć te przeklęte egzaminy. Jest nieco zabawnym fakt, że człowiek bez problemu zdobył dyplom magistra, dobrze płatną pracę i wspaniałą żonę, a za nic w świecie nie może dorobić się prawa jazdy. Wydaje mi się, iż ktoś od nich się na mnie uwziął i zrobi wszystko, żebym tylko nigdy nie poprowadził legalnie samochodu. Przecież za każdym razem powtarza się taki sam scenariusz. A to parkowanie za daleko od krawężnika, jakby ktokolwiek zmierzył to centymetrem, a to przekroczenie prędkości, a to jakaś inna zupełna bzdura, którą żaden doświadczony kierowca się nie przejmuje. Cwane lisy myślą, że się załamię i wcisnę im do ręki jakieś pieniądze. Niedoczekanie! Już wolę do samej śmierci przychodzić pod budynek Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego, niż złamany grosz oddać w ręce tych złodziei. Sytuacje komplikuje stojące nade mną szefostwo. W końcu to oni płacą za każdą kolejną próbę, więc pewnie z niecierpliwością czekają na dzień, w którym zredukują etat największemu leserowi w firmie - mojemu kierowcy.
W ciasnym pomieszczeniu panowała atmosfera stresu. Podenerwowani ludzie przygryzali paznokcie, zerkając co chwila w stronę głośnika z nadzieją, że w końcu wydobędzie się z niego ich nazwisko. Przed poczekalnią stał niewielki tłumek palaczy z trzęsącymi się dłońmi. Próbowali sobie wzajemnie dodać otuchy rozmowami o własnych porażkach. Zawsze uważałem się za spokojnego człowieka, jednak nie sposób uniknąć adrenaliny, której stężenie w powietrzu rośnie z sekundy na sekundy. Próbowałem myśleć o we wnętrznościach Toyoty, które zaraz miałem pokazywać egzaminatorowi, jednak stale pojawiał mi się w głowie obraz jakiegoś idiotycznego błędu. Żebym tylko zapiął pasy i nie zapomniał o światłach. I pamiętać by delikatnie zdejmować nogę ze sprzęgła! Takich przemyśleń zebrałoby się wówczas o wiele więcej, gdyby nie to, że przerwał mi senny głos mężczyzny wzywający mnie do dyspozytorni.
Ku ogromnemu zdziwieniu przed oczami stanęła mi całkiem ładna kobieta. Jednak zupełnie nie interesowały mnie wtedy walory jej urody. Panie w tym zawodzie wymagały o wiele więcej od płci brzydkiej, czepiały się byle potknięcia i nie wykazywały ani krzty litości. Jedyne, o czym marzyłem to jak najszybsza ucieczka, ale jakaś niewidzialna ręka wciąż popychała mnie w jej stronę. Zmierzyła mnie wyjątkowo zimnym spojrzeniem, po czym wskazała na samochód, jak na ironie oznaczony numerem trzynaście. Jeszcze jeden zły znak i prawdopodobnie zszedłbym na zawał. Wsiedliśmy do samochodu, podaliśmy sobie dłonie, po czym przedstawiła się bardziej kierownicy niż mi, sądząc po jej wzroku. Zaznaczyła też, że to właśnie jej przypadła przyjemność sprawdzenia mojej umiejętności. Zawsze powtarzali tą samą formułkę, ciekawe czy którykolwiek zdający, nie zdążył wcześniej odkryć tego samodzielnie. Wjechaliśmy na plac manewrowy, gdzie opuściła maszynę i miała obserwować moje męki z zewnątrz. Po rękawie jeździłem już tysiące razy, więc nie dopuszczałem myśli, że coś się nie uda. Kiedy po raz pierwszy wcisnąłem gaz poczułem lekką ulgę. Nie trwała długo. Cofając na zakręcie wyjechałem za linie jak nic! Już miałem paść na kolana pod moją dręczycielką, gdy zdałem sobie sprawę, że ona była bardziej zainteresowane wyświetlaczem swojego telefonu niż mną. Kontynuowałem zadanie, jakby nic się nie stało i uzyskałem za nie pozytywną ocenę.
Na mieście nie mogłem już pozwolić sobie na takie oszustwa. Jej wszędobylskie oczy ani na krok nie odstępowały zarówno drogi, jak i wnętrza pojazdu. Pierwsze kilkanaście minut dostarczyło mi ogromne ilości stresu, dopiero po tym czasie trochę się rozluźniłem i  skupiłem się wyłącznie na prowadzeniu. Robiłem to najlepiej jak umiałem, posłusznie wysłuchując jej komend. Egzaminator miał zawsze racje, więc do głowy mi nie przyszło, żeby je kwestionować. Nawet wtedy, kiedy nakazała mi zawrócić na najbardziej zakorkowanej ulicy na świecie. W około roznosiły się rozmaite przekleństwa wymieszane ze zwieloktronionym dźwiękiem klaksonu, ale jakimś cudem nikogo nie zabiłem. Myślałem, że nic gorszego już mnie nie spotka i powoli zaczynałem wierzyć w pomyślny wynik sprawdzianu. Nawet zbliżające się do mnie skrzyżowanie, na którym oblałem już kilka razy, wydawało się teraz całkiem łagodne. Z resztą nie dojechałem do niego. Tuż przed nim usłyszałem monotonnie brzmiące słowa "teraz w lewo", więc wykonałem polecenie. W ostatniej chwili zauważyłem znak zakazu wjazdu i kiedy przycisnąłem hamulec stałem już pod prąd a z naprzeciwka nadjeżdżały rozpędzone samochody. Do dziś nie wiem, jak udało mi się zjechać na pobocze. Wtedy prawo jazdy zupełnie przestało mnie interesować. Straciłem nad sobą kontrole i powiedziałem pani na siedzeniu pasażera wszystko, co o niej myślałem. Musiałem krzyczeć bardzo głośno i stosować dość wulgarny język, ponieważ kiedy skończyłem wybuchła płaczem. Nie miałem pojęcia co robić, pierwszy raz widziałem dorosłą osobę w takiej sytuacji. Przez chwilę nawet pomyślałem o przeprosinach, ale zanim się odezwał, wybąkała przez łzy:
- Nie mam licencji egzaminatora...
Okazało się, że Jadwiga, bo takie nosiła imię, pracowała na podstawie sfałszowanych dokumentów. Błagała bym nikomu o tym nie mówił, gdyż ta praca stanowi realizacje jej marzeń. Powstał między nami prosty układ - ja jej nie wydałem, a ona pozytywnie oceniła moje umiejętności. Dwa tygodnie później odebrałem z urzędu komunikacji śliczną, plastikową kartę.
Minęło wiele lat i teraz czuję się w aucie całkiem swobodnie. Oczywiście dopóki jakiś idiota nie wyjedzie mi z podporządkowanej. Albo gdy przypadkiem nie zauważę znaku drogowego i zostanę otrąbiony ze wszystkich możliwych stron. Nic się nie zrobi... Na drogach publicznych jest pełno wariatów. Czasami się zastanawiam, kto im wszystkim dał prawo jazdy.


deportant 2009-09-01 20:37:45
skomentuj (1)